Arogancja, pogarda i pycha. Prawdziwe oblicze „elit” Donalda Tuska
Szokującym dowodem na takie standardy jest zachowanie burmistrz Białogardu z KO. Podczas sesji Rady Miasta, zamiast stonować emocje, wulgarnie odnosiła się do radnych o odmiennych poglądach. Jej ostatecznym argumentem w dyskusji okazał się... stan konta: „Biorę 14 000 miesięcznie, panie radny, za to, żeby pana głupot wysłuchiwać. Teraz niech się pan zamknie”.
To dobitny przykład budowania fałszywego poczucia bycia „elitą” wyłącznie w oparciu o zajmowane stanowisko i grubość portfela
Równie wielką pogardę zademonstrowała posłanka KO Anna Sobolak. Zapytana o potencjalny konflikt interesów i doradczą działalność jej męża we Wrocławiu, oburzona odpowiedziała: „czy on ma być cieciem na parkingu?”.
Dla liberalnych elit zwykli pracownicy dbający o porządek najwyraźniej nie zasługują na elementarny szacunek. Ten wirus arogancji infekuje również zaplecze i twardy elektorat rządu. Z badań socjologicznych jasno wynika, że o ile prawica nie dehumanizuje swoich oponentów, o tyle wyborcy liberalni robią to nagminnie.
Twierdzą chociażby, że wyborcę PiS można rozpoznać po tym, że „chodzi przygarbiony, ma zawsze przekrwione oczy i mówi chrapliwym głosem”. Zwolennicy KO z wyższością chwalą się swoimi podatkami, nazywając innych internautów „głąbami”, a mieszkańców polskich wsi określają jako „zabetonowanych”, żądając ich unijnej reedukacji.
Widać wyraźnie, że tolerancja w wydaniu tego obozu jest zarezerwowana wyłącznie dla swoich. Każdy inny musi liczyć się z drwinami. Trudno się temu dziwić, skoro przykład idzie z samej góry – prosto od lidera, który do oponentów potrafi rzucić: „Dotarło, zakute łby?”.
źr. wPolsce24








