Publicystyka

Rząd zabronił mu mówić o tej walce. Kim jest sędziwy weteran, któremu Trump dał Medal Honoru?

opublikowano:
weteran
Fot (PAP/EPA/KENNY HOLSTON / POOL \ US Navy)
Po wielu latach starań ze strony wojskowych, polityków i środowiska weteranów, prezydent Donald Trump w końcu wręczył Medal Honoru kapitanowi Royce'owi Williamsowi. Podczas wojny w Korei Williams dokonał niezwykłego wyczynu – ale z powodów politycznych jego dowództwo ukryło to przed światem.

Z tego tekstu dowiesz się: 

  • Po ponad 70 latach od dramatycznej walki w Korei kapitan Royce Williams otrzymał Medal Honoru – najwyższe amerykańskie odznaczenie wojskowe – wręczony przez prezydenta Donalda Trumpa.

  • 18 listopada 1952 roku Williams samotnie starł się z siedmioma myśliwcami MiG-15 w pobliżu granicy z ZSRS, zestrzeliwując cztery z nich i uszkadzając kolejne mimo poważnych uszkodzeń własnej maszyny.

  • W trakcie walki odkrył, że walczy z pilotami sowieckimi, a nie północnokoreańskimi – co groziło międzynarodową eskalacją konfliktu w czasie zimnej wojny.

  • Jego samolot F9F-5 Panther wrócił na lotniskowiec USS Oriskany z 263 przestrzelinami; uszkodzony system hydrauliczny niemal uniemożliwił lądowanie.

  • Incydent został utajniony z powodów politycznych – Williams zobowiązał się do milczenia, a oficjalnie przyznano mu jedynie Srebrną Gwiazdę za zestrzelenie jednego MiGa.

  • Prawda wyszła na jaw dopiero po upadku ZSRS, dzięki odtajnionym rosyjskim archiwom i publikacjom historyków.

  • Wieloletnie starania weteranów i części kongresmenów doprowadziły ostatecznie do przyznania mu Medalu Honoru, który otrzymał podczas Orędzia o Stanie Państwa.

Urodzony w 1925 roku Williams już jako dziecko marzył, by zostać pilotem myśliwca. Gdy Japończycy zaatakowali Pearl Harbor, wstąpił wraz z bratem do marynarki wojennej. Przeszedł w niej przeszkolenie lotnicze, ale zdobycie kwalifikacji opóźnił fakt, że równocześnie studiował, zdobył je dopiero po wojnie. Gdy wybuchła wojna w Korei, był członkiem dywizjonu VF-781 „Peacemakers”, który trafił na lotniskowiec USS Oriskany. Latał myśliwcem F9F-5 Panther.

To miała być rutynowa misja 

18 listopada 1952 roku Williams, wraz z trzema innymi pilotami, wystartował na rutynowy patrol w pobliżu Chongijn. Mieli przez półtorej godziny krążyć nad lotniskowcem i pilnować go przed atakiem z powietrza. Koreańczycy z północy dotychczas go nie atakowali, więc misja zapowiadała się na nudną. Stało się jednak inaczej. Radar lotniskowca zauważył formację zbliżającą się od północy i amerykańscy piloci dostali rozkaz jej przechwycenia.
Williams jako pierwszy zauważył wrogie samoloty. Szybko rozpoznał ich charakterystyczne sylwetki – to były MiGi-15.

To była bardzo zła wiadomość dla Amerykanów. Panthery, którymi lecieli, były solidnymi, ale dość przeciętnymi myśliwcami. MiG-15 był jednym z najlepszych myśliwców odrzutowych pierwszej generacji. Oba te samoloty miały zbliżone do siebie silniki, oparte o konstrukcje z Wielkiej Brytanii, ale MiG miał skośne skrzydła, dzięki czemu rozpędzał się do większej prędkości. Szybciej też się wznosił i miał cięższe uzbrojenie. W tym wypadku sytuacja była skrajnie trudna – wroga formacja liczyła bowiem siedem samolotów i miała znaczną przewagę wysokości. Gdyby tego było mało, w samolocie dowódcy Williamsa zepsuł się silnik, więc razem ze swoim skrzydłowym musiał wrócić na lotniskowiec. 

To nie byli Koreańczycy 

Dwaj pozostali piloci nie przerwali akcji. Gdy jednak zbliżyli się na odległość ok. 50 km, MiGi podzieliły się na dwie formacje, po 4 i 3 samoloty. Wkrótce potem stracili je z oczu, zniknęły też z radaru lotniskowca. Uznawszy, że odlecieli, Amerykanie dostali rozkaz powrotu. To jednak był błąd. Gdy wracali, większa formacja zaatakowała ich od przodu. Nie trafili, a Willliams błyskawicznie zawrócił, gdy przeleciały nad nimi. Wziął na cel ostatniego MiGa i puścił do niego serię ze swoich działek. Trafiona maszyna zadrżała, zaczęła dymić i zaczęła spadać. Jego skrzydłowy poleciał za nią, by upewnić się, że została zestrzelona. Williams został sam z sześcioma wrogami.

W tym momencie Williams dokonał przerażającego odkrycia. Zauważył, że MiGi, z którymi walczy, mają na skrzydłach czerwone gwiazdy, bez białego okręgu. To oznaczało, że wdał się w pojedynek nie z koreańskimi MiGami – a z maszynami sowieckich sił powietrznych. Gdy zgłosił to przez radio, dowódca, bojąc się eskalacji, zabronił mu ich atakować. Williams odparł, że walka już trwa i nie ma innego wyjścia.

Cztery do zera 

Trzy rosyjskie maszyny po raz kolejny zaatakowały go od czoła. Minęły się z nim nie trafiwszy jego maszyny, ale wkrótce potem zaatakowały go trzy pozostałe. Williams dał radę wejść jednemu z nich na ogon, ale jego pilot zaczął lecieć w stronę słońca i oślepiony Amerykanin musiał mu odpuścić. Zaatakowany przez dwa pozostałe, zaczął lecieć w ich stronę. Jeden z Rosjan stchórzył, ale Williams dał radę trafić drugiego w kokpit, zabijając pilota. Gdy kolejny myśliwiec przeleciał mu przed nosem, Williams odruchowo ściągnął spust. Czwarty Rosjanin został zestrzelony.

Williams następnie wdał się w pojedynek z dowódcą rosyjskiej formacji. Uszkodził jego samolot i zmusił go do ucieczki. Gdy jednak go ścigał, inny MiG wszedł mu na ogon. Amerykanin poczuł, jak w jego samolot trafiają kolejne pociski. Jeden z nich, z działka kal. 37 mm, przebił na wylot jego skrzydło i trafił w kadłub, uszkadzając system hydrauliczny. Skutkiem tego było, że w jego samolocie przestały działać klapy, ster kierunku i jedna z lotek. Walcząc o utrzymanie kontroli nad samolotem, Williams mógł tylko uciekać, gdy Rosjanin bez większych problemów trafiał go kolejnymi pociskami, z których każdy mógł być ostatnim. Gdy żegnał się już z życiem, jego skrzydłowy wrócił i przegonił Rosjanina.

O krok od katastrofy

 To jednak nie był koniec trudności. Williams musiał jeszcze wylądować. Lądowanie na lotniskowcu zawsze jest bardzo trudnym zadaniem, nawet w wypadku sprawnego samolotu, a jego maszyna ledwo trzymała się w powietrzu. Nie mógł się katapultować, bo w zimnej wodzie nie przetrwałby wystarczająco długo, by śmigłowiec zdążył go uratować. Bez klap musiał lądować ze znacznie większą prędkością niż normalnie. Nie działał też jego ster kierunku, więc miał problem się ustawić. Na szczęście dowódca lotniskowca zrozumiał, co się dzieje, i manewrując okrętem, pomógł mu wejść na właściwy kurs. Williams uderzył z dużą prędkością w pokład, ale na szczęście hak złapał trzecią linę hamującą i wytrzymał szarpnięcie. Życie uratowało mu to, że samoloty Grummana były znane z wyjątkowej odporności – po akcji mechanicy naliczyli w jego maszynie aż 263 dziury po rosyjskich pociskach.

Ten incydent wywołał polityczną burzę. Williams musiał złożyć raport nie tylko swojemu dowódcy, ale także admirałom, Sekretarzowi Obrony, a także, kilka tygodni później, prezydentowi Dwightowi Eisenhowerowi. ZSRS oficjalnie nie był stroną w tej wojnie i Amerykanie bali się, że nagłośnienie tej walki, choć bardzo przysłużyłoby się propagandzie, mogłoby spowodować niebezpieczną eskalację. 

Jego bohaterstwo ujawnili Rosjanie 

Zdecydowano więc, że ten incydent zostanie ukryty. Usunięto wszelkie informacje o nim z oficjalnych dokumentów, a Williamsowi kazano przysięgnąć, że nikomu o tym nie powie. Dotrzymał słowa – nie opowiedział o tej walce nawet członkom swojej rodziny. Oficjalnie zaliczono mu zestrzelenie jednego MiGa – nie wspominając o jego przynależności państwowej – i dano mu za to Srebrną Gwiazdę. Prawda o tym dniu zaczęła wychodzić na jaw dopiero po upadku ZSRS, gdy historycy znaleźli o niej informacje w odtajnionych rosyjskich archiwach. W 2014 roku wydano w tym kraju książkę „Czerwone Diabły nad Yalu”, poświęconą działaniom sowieckiego lotnictwa w Korei. Dopiero w niej rosyjscy historycy ujawnili jego nazwisko.

W 2014 roku o jego walce dowiedział się wiceadmirał Doniphan Shelton. Poświęcił lata, by przekonać władze do przyznania mu Medalu Honoru, ale początkowo jego starania, w których wspierało go wielu weteranów, nie przynosiły jednak skutku. Przełom nastąpił dopiero w 2022 roku, kiedy pięciu kongresmanów z obu partii sprawiło, że Izba Reprezentantów przyjęła poprawkę do budżetu wojskowego, która znosiła w jego wypadku przedawnienie, ale ta poprawka zniknęła z wersji przyjętej przez Senat. W tym samym roku ówczesny sekretarz marynarki Carlos Del Toro przyznał mu jednak Krzyż Marynarki, drugie najwyższe odznaczenie wojskowe w USA. W końcu ich starania przyniosły jednak efekt. Na początku lutego kongresman Darrell Issa poinformował, że sędziwy weteran dostanie Medal Honoru od Trumpa. Prezydent USA wręczył ją podczas swojego Przemówienia o Stanie Państwa.

źr. wPolsce24 

Publicystyka

Kadyrow zrealizuje w Czeczenii swój program wyborczy niemal w całości. Tak wynika z "prawa Tuska"

opublikowano:
Donald Tusk jedyną możliwość na realizację wszystkich obietnic wyborczych widzi w powtórzeniu "sukcesu" Ramzana Kadyrowa. Ale to się raczej nie uda
Donald Tusk jedyną możliwość na realizację wszystkich obietnic wyborczych widzi w powtórzeniu "sukcesu" Ramzana Kadyrowa. Ale to się raczej nie uda (Fot. Fratria)
Ramzan Kadyrow pobił swój własny rekord życiowy. Czeczeński dyktator w wyborach na przywódcę republiki uzyskał, uwaga, 99,85 procenta głosów. Wynik tak bezczelny, że nawet w realiach wschodnich despotii wywołuje uśmiech politowania. Jednak gdzieś w Warszawie ten rezultat może budzić nie tyle pobłażliwe parsknięcie, co... cichą zazdrość i polityczną rozkosz. Wszak gdyby Donald Tusk rządził w Groznym, wreszcie zrealizowałby wszystkie swoje obietnice.
Publicystyka

Jak Donald Tusk może tak ordynarnie kłamać prosto w oczy milionom Polaków?!

opublikowano:
Tusk na mównicy. Jak zwykle kłamie jak z nut.
Tusk na mównicy sejmowej często mija się z prawdą (wPolsce24)
Donald Tusk znów sięga po sprawdzoną, destrukcyjną metodę: zasiać panikę, podzielić Polaków i uciec przed odpowiedzialnością za drożyznę oraz zapaść państwa. Na antenie telewizji wPolsce24 w programie „Kontra” doradca prezydenta Błażej Poboży bezlitośnie obnażył manipulację szefa rządu, który publicznie powoływał się na rzekomy raport wywiadu USA. Jak Donald Tusk może tak ordynarnie kłamać prosto w oczy milionom Polaków?!
Publicystyka

Urodziła gromadkę dzieci i dba o męża. Dla niemieckich mediów stała się „zagrożeniem”

opublikowano:
Kobieta pracująca w domu to dla Niemców za dużo
Kobieta pracująca w domu to dla Niemców za dużo (zdjęcie ilustracyjne, fot shutterstock)
Dla zachodnioeuropejskiego establishmentu nie ma większego zagrożenia niż tradycyjna rodzina. Niemiecki dziennik „Süddeutsche Zeitung” wziął na celownik zjawisko tzw. „tradwives” – kobiet, które zamiast wyścigu szczurów wybrały macierzyństwo, dom i wspieranie męża. Symbolem tego „zagrożenia” dla lewicowo-liberalnego ładu stała się m.in. Hannah Neeleman, znana w sieci jako Ballerina Farm.
Publicystyka

Niezwykłe dokonanie Treli. Odkrył tajemnicę F-35. Fizycy łapią się za głowy!

opublikowano:
AWIK9336 (2)
Technologia umożliwiająca poruszanie się z prędkością światła to wciąż bardzo futurystyczny pomysł, niemożliwy jeszcze do zrealizowania przez współczesną inżynierię wojskową. No, prawie, ponieważ taką prędkość miały osiągnąć polskie F-35 nad Łodzią. Przynajmniej tak uważa poseł Tomasz Trela.
Publicystyka

„Zamilcz człowieku!” Otwarty list do premiera Donalda Tuska wywołał burzę. Padły oskarżenia o sabotaż i uderzenie w portfele Polaków

opublikowano:
Donald Tusk
(fot. PAP/Piotr Nowak)
W mediach społecznościowych zawrzało po publikacji listu otwartego skierowanego bezpośrednio do szefa rządu, Donalda Tuska. Autorem wystąpienia opublikowanego na platformie X jest Wacław Domanus. W bezkompromisowych słowach zarzucił on premierowi prowadzenie politycznego odwetu kosztem stabilności największego polskiego koncernu multienergetycznego – Orlenu – oraz bezpieczeństwa finansowego milionów obywateli.
Publicystyka

Co za spot kandydatki na prezydenta Krakowa! Kobieta ma dystans. Dziennikarze pękali ze śmiechu

opublikowano:
Siła Krakowa jest w Owcy
Siła Krakowa jest w Owcy (fot. wPolsce24)
Kampania przed wyborami prezydenckimi w Krakowie wkracza w fazę absolutnego absurdu. Jeśli komuś wydawało się, że lewica wyczerpała już limit zadziwiających pomysłów na zdobywanie elektoratu, to kandydatka partii Razem, Aleksandra Owca, udowodniła, że granice żenady można przesuwać w nieskończoność. Do sieci trafił jej oficjalny spot wyborczy – a w zasadzie disco-popowy teledysk – który wywołał prawdziwą lawinę śmiechu. Sprawę w bezlitosny, a zarazem pełen humoru sposób, skomentowali dziennikarze w porannym paśmie telewizji wPolsce24.