Publicystyka

"Jednoosobowe siły powietrzne". Niezwykła historia polskiego asa, który latał z Amerykanami

opublikowano:
gładych
Bolesław Gładych służył w Polskich Siłach Powietrznych, ale sławę zdobył latając z Amerykanami (fot. domena publiczna)
Bolesław Gładych był jednym z niewielu polskich pilotów, którzy podczas II wojny światowej latali w Siłach Powietrznych Amerykańskiej Armii (USAAF). Miał tylko jeden cel – chciał zabijać Niemców. Był w tym tak dobry, że jego dowódca, legendarny as Hubert Zemke, nazwał go kiedyś „jednoosobowymi siłami powietrznymi”.

Z tego tekstu dowiesz się:

  • Bolesław Gładych był jednym z nielicznych polskich pilotów myśliwskich służących w czasie II wojny światowej w USAAF, a także asem RAF i Polskich Sił Powietrznych.

  • Karierę lotniczą rozpoczął jeszcze przed wojną w Polsce, szkoląc się w Dęblinie, a po 17 września 1939 roku przeszedł dramatyczną drogę ucieczki przez Rumunię, Bałkany i Francję do Wielkiej Brytanii.

  • Walczył kolejno na PZL P.7 i P.11, francuskich CR.714, brytyjskich Spitfire’ach oraz amerykańskich P-47 Thunderbolt, uznając ten ostatni za idealny samolot bojowy.

  • Jako pilot Dywizjonu 303 i 302 odniósł pierwsze pewne zwycięstwa powietrzne nad Francją w 1941 roku, przeżywając m.in. dramatyczne zderzenie w powietrzu z Bf 109.

  • W 1944 roku dołączył do elitarnej 56. Grupy Myśliwskiej USAAF, gdzie zasłynął bezkompromisowym podejściem do walki i przydomkiem „Killer Mike”.

  • Oficjalnie zaliczono mu 17 zestrzeleń, choć wielu historyków i pilotów uważa, że jego faktyczny dorobek był wyższy.

  • Po wojnie wyemigrował do USA, pracował m.in. dla CIA, Boeinga oraz jako psychoterapeuta, łącząc psychologię z jogą.

Gładych urodził się w 1918 roku w rodzinie nauczyciela chemii. Sam jednak miał poważne problemy z edukacją i w żadnym gimnazjum nie mógł długo zagrzać miejsca. W końcu przeniósł się do Korpusu Kadetów we Lwowie, gdzie w 1937 roku zdał maturę. Jeszcze jako gimnazjalista nauczył się latać w ramach lotniczego przysposobienia wojskowego, więc zdobywszy świadectwo dojrzałości, zgłosił się ochotniczo do wojska, by zostać pilotem. Przyjęto go do Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie. Był na tyle zdolnym uczniem, że skierowano go do latania myśliwcami.

Ucieczka z Rumunii

Gładych ukończył przeszkolenie myśliwskie w sierpniu 1939 roku – normalnie kurs trwał trzy lata, ale z powodu coraz bardziej napiętej sytuacji z Niemcami został przyspieszony. Pierwszego września z całym rocznikiem otrzymał stopień podporucznika. Następnie przydzielono go do doraźnie sformowanej eskadry, która kilka dni później otrzymała myśliwce PZL P.7. Ten samolot, skonstruowany przez inżyniera Zygmunta Pułaskiego, był niegdyś jednym z najlepszych myśliwców na świecie, ale w 1939 roku był już skrajnie przestarzały. Podstawowym myśliwcem polskich sił powietrznych była wtedy jego wersja rozwojowa, P.11, ale i ona niezbyt radziła sobie z dużo szybszymi niemieckimi myśliwcami i bombowcami. 

 

PZL_P7
Myśliwiec PZL P.7. We wrześniu 1939 roku były już skrajnie przestarzałe (fot. Andrzej Glass, Domena Publiczna)

Gładych jednak nie miał okazji walczyć nad Polską. 17 września dostał rozkaz ewakuowania się razem z samolotem do Rumunii. Ta przed wojną była sojusznikiem Polski, ale pod naciskiem Niemiec polscy piloci, którzy tam uciekli, zostali internowani. Gładych trafił do obozu w pobliżu Tulczy. Rumuni jednak nie pilnowali lotników zbyt mocno, a polskie służby pomagały im jak mogły, więc większości z nich udało się uciec. Gładych, po uzyskaniu paszportu, uciekł po raz pierwszy 9 października i próbował przekroczyć granicę Jugosławii. Został jednak złapany i osadzony w obozie w Turnu Severin. 11 dni później uciekł z niego do Bułgarii, gdzie z innymi lotnikami wsiadł na statek, który zabrał go do Marsylii. 

Chciał walczyć w Finlandii

We Francji Gładych zgłosił się na ochotnika do III Dywizjonu Myśliwskiego. Francuzi planowali wysłać go do Finlandii, by walczył z Rosją, która zaatakowała ten kraj, ale Wojna Zimowa skończyła się zanim zakończono formowanie tej jednostki. Jego dywizjon latał na myśliwcach Cauldron-Renault CR.714 Cyclone. Był to lekki myśliwiec wykonany z drewna, który zaprojektowano tak, by był jak najtańszy i jak najłatwiejszy w produkcji. Ceną za to były kiepskie osiągi i lekkie uzbrojenie. Finowie dostali ich sześć sztuk, ale dwa pierwsze szybko się rozbiły, więc uziemili dwa pozostałe, a dwóch ostatnich nie wyciągnięto nawet ze skrzyń, w których dotarły. Liczne problemy z tymi samolotami, głównie z awariami silników, i ich kiepskie osiągi sprawiły, że francuskie dowództwo postanowiło, że nie wejdą do walki. Polacy nie dostali jednak w zamian innych maszyn, więc zignorowali ten rozkaz i jako jedyni walczyli na nich z Niemcami.

Caudron_CR.714
Myśliwce Caudron CR.714 były tak złe, że tylko Polacy odważyli się na nich walczyć (fot. T.J. Kowalski, Domena Publiczna)

Gładych we Francji bronił południowych sektorów Paryża, a następnie walczył nad linią frontu. Nie wiemy niestety, ilu Niemców zestrzelił. Niektóre źródła informują, że pięciu, ale brak na to twardych dowodów. Wiadomo za to, że Francuzi dali mu Krzyż Wojenny, co oznacza, że czymś musiał się podczas swojej służby wyróżnić. Niektóre źródła twierdzą jednak, że dostał go dopiero w 1944 roku, za atak na niemieckie lotnisko. Po upadku Francji odpłynął do Anglii, gdzie dotarł w czerwcu 1940 roku. Po pobycie w tymczasowym obozie lotników w Kirby trafił do Bazy Sił Powietrznych w Blackpool. Jako, że dobrze znał angielski, skierowano go do Dywizjonu 302 w charakterze tłumacza. Równocześnie uczył się latania trzecim myśliwcem w swojej karierze – Supermarine Spitfire.

Spitfire był ostatnią konstrukcją Reginalda Mitchella, który został brytyjskim bohaterem narodowym po tym, gdy jego samoloty wyścigowe zdobyły dla Brytyjczyków Puchar Schneidera. To był bardzo nowoczesny samolot, który okazał się na tyle udany, że służył do samego końca wojny, a nawet kilka lat po niej, i doczekał się wielu różnych wariantów. Dla polskich pilotów pierwszy kontakt z nim był prawdziwym szokiem. P.11c, którymi latali we wrześniu, rozpędzał się do 375 km/h i zwykle miał dwa karabiny maszynowe – Spitfire, napędzany słynnym silnikiem Rolls Royce Merlin, rozpędzał się do 580 km/h (w pierwszym wariancie) i miał osiem karabinów, a późniejsze warianty były jeszcze szybsze i jeszcze ciężej uzbrojone. Gładych jednak nie był nim zachwycony – uważał, że to świetny samolot do latania, ale zbyt delikatny do walki. 

960px-Spitfire_VB_222_Sqn_RAF_in_flight_1942
Wiele osób uważa, że Spitfire był najlepszym myśliwcem II WŚ - ale Gładychowi nie przypadł do gustu (fot. RAF)

Niemal zginął w wypadku 

Po zakończeniu szkolenia skierowano go do Dywizjonu 303 (Warszawskiego), najlepszego dywizjonu Bitwy o Brytanię. Pierwsze oficjalne zestrzelenia zaliczył 23 1941 roku. Brał wtedy w misji typu Circus nad Francją. Circus był kryptonimem misji, podczas których brytyjskie bombowce miały skłonić myśliwce Luftwaffe do startu, a towarzyszące im myśliwce je zniszczyć. Podczas pierwszej takiej misji tego dnia zaliczono mu zestrzelenie jednego Messerschmitta Bf 109 na pewno i drugiego prawdopodobnie. Tego samego dnia po południu wziął udział w kolejnej misji tego typu i zestrzelił kolejnego Niemca, ale ta misja niemal skończyła się dla niego tragicznie.

Podczas walki jeden z Niemców trafił go w silnik, mocno go uszkadzając. Gdy Gładych w końcu wyszedł na pozycję strzelecką, okazało się, że broń w jego maszynie nie działa. W tym samym momencie Niemiec zrobił półbeczkę i Gładych nie zdążył na nią zareagować, oba myśliwce zderzyły się w powietrzy. Fragmenty ogona 109ki, obcięte przez jego śmigło, przebiły owiewkę i zraniły go poważnie w twarz, do końca życia zostały mu po tym blizny. Walcząc z bólem i zalewającą oczy krwią, Gładych dał radę uciec i wrócić nad Anglię, gdzie lądował awaryjnie w polu. W trakcie tego lądowania jego samolot zderzył się ze słupem telegraficznym, przez co doznał pęknięcia czaszki i złamania obojczyka. To zdarzenie na dłuższy czas wyłączyło go z walki, ale na pociechę zaliczono mu samolot, który staranował, jako zestrzelony.

Gładych po dojściu do zdrowia latał nadal i nadal zestrzeliwał Niemców. W końcu przeniesiono go też z powrotem do Dywizjonu 302. Wiele źródeł informuje, że podczas jednej z misji przez pomyłkę niemal zestrzelił samolot, którym podróżował brytyjski premier Winston Churchill, za co potem na jakiś czas go za karę uziemiono. To tylko częściowo prawda. 5 czerwca 1943 roku, przed świtem, Gładych brał udział z 11 innymi pilotami w starcie alarmowym, bez określonego wcześniej zadania. Podczas lotu zauważył płomienie z silników czterosilnikowego samolotu i, myśląc że to niemiecki bombowiec, formacja przyjęła pozycję do ataku. Zanim jednak padły pierwsze strzały, dostali rozkaz, że mają go eskortować do jednej z baz na południu Anglii. Dopiero po wylądowaniu dowiedzieli się, komu towarzyszyli, a Gładycha za ten lot nie spotkała żadna kara.

W czasie służby w Anglii Gładych rozpoczął też swoją słynną tradycję. Jeden ze swoich Spitfire – historycy nie wiedzą, który – nazwał Pengie i namalował na nim pingwina. Później twierdził, że zrobił to w hołdzie swojej ówczesnej sympatii, Elizabeth Peat, którą miał nazywać Pengie (ang. Pingwinek). Peat była Kanadyjką, która służyła w WAAF -złożonej z kobiet pomocniczej służbie sił powietrznych. Wiadomo jednak, że Gładych zawsze zabierał ze sobą do kokpitu ceramiczną figurkę pingwina która, jak twierdził, przynosiła mu szczęście. Niektórzy historycy podejrzewają, że było odwrotnie i Gładych w rzeczywistości nazwał swoją sympatię imieniem swojego samolotu. Jaka by nie była prawda, po wojnie się z nią ożenił i ich małżeństwo przetrwało do jej śmierci w 2007 roku, mieli wspólnie trójkę dzieci. Gładych wszystkie swoje kolejne myśliwce też nazywał Pengie, z kolejnym numerem – doszedł do V. 

Dał się zwerbować Amerykanom 

W styczniu 1944 roku Gładych dowiedział się, że amerykański pilot Francis Gabreski werbuje Polaków do służby w USAAF. Gabreski miał skończyć wojnę z wynikiem 28 zestrzelonych wrogich maszyn, co dało mu trzecie miejsce w ogóle i pierwsze w Europie wśród pilotów USAF, a po raz drugi został asem w Korei, z wynikiem 6,5 zestrzeleń. Miał bardzo bliskie związki z Polską – urodził się jak Franciszek Gabryszewski w rodzinie imigrantów z Frampola (woj. lubelskie). Czuł się Polakiem i znał płynnie język polski, a po angielsku do końca życia mówił z polskim akcentem. W 1942 roku zaproponował dowództwu, że wstąpi na ochotnika do jednego z polskich dywizjonów w Anglii, by poznać tajemnice sukcesów polskich pilotów i przekazać je później swoim amerykańskim kolegom. Chciał się dostać do 303, ale ten był akurat skierowany na odpoczynek, więc wstąpił ostatecznie do 315 (Dęblińskiego). 
Polacy zrobili na nim takie wrażenie, że po powrocie do amerykańskiej 56. Grupy Myśliwskiej Gabreski chciał zabrać ich ze sobą. Gładych był jednym z sześciu, którzy zgłosili się na ochotnika. Większość z nich szybko zrezygnowała – oprócz Gładycha z Amerykanami latał dłużej tylko Witold Łanowski, choć według świadków obaj piloci mieli diametralnie różne charaktery i nigdy się zbyt mocno nie polubili. Być może przyczyną było to, że Gabreskiemu nie udało się pokonać wojskowej biurokracji i załatwić im żołdów, na te ostatnie zrzucali się inni piloci na zbiórkach. 

Zrzut ekranu 2026-01-19 145955
Legendarny amerykański as Francis Gabreski całe życie czuł się Polakiem (fot. USAF)

Gładych dostał od amerykanów czwarty typ myśliwca w karierze – P-47 Thunderbolt. Ten wyjątkowo przypadł mu do gustu. P-47, zaprojektowany przez Gruzina Aleksandra Kartveliego – tego samego, który zaprojektował P-35, pierwszy nowoczesny amerykański myśliwiec, a w przyszłości miał zaprojektować m.in. odrzutowe F-84 i F-105, konia roboczego Wietnamu, a także słynny A-10 – wyjątkowo przypadł mu do gustu. Te samoloty, zwane przez pilotów „Dzbankami”, od charakterystycznego kształtu kadłuba, były wyjątkowo udane. To była dość duża maszyna, ale wystarczająco zwrotna i szybka, by móc stawić czoło wszystkiemu, co latało ze swastyką. Do tego miała duży zasięg, była wyjątkowo odporna na ostrzał i przenosiła duży ładunek bomb i rakiet. Te ostatnie cechy sprawiły, że świetnie nadawała się do atakowania celów naziemnych. Gładych okazał się być w tym prawdziwym ekspertem i jego artykuł z „10 przykazaniami” tego, jak powinno się to robić, zdobył ogromną popularność wśród amerykańskich pilotów.

Halesworth_Trips_029
Jeden z myśliwców P-47, którymi latał Gładych (fot. USAAF)

Michał Zabójca

Gładych jednak nadal walczył z Niemcami w powietrzu, i osiągał kolejne sukcesy. Wtedy też dorobił się swojego słynnego przydomka. Wielu amerykańskich pilotów traktowało walkę powietrzną jako sport czy jako obowiązek i starało się nie myśleć, że za sterami drugiej maszyny też siedzi człowiek. Ira Bong, najlepszy as USAAF, bardzo mocno przeżył, gdy raz pokazano mu japońskiego pilota, którego podziurawił kulami. Gładych podchodził do tematu inaczej – nie ukrywał, że jego głównym celem jest zabijanie Niemców. Wśród polskich pilotów, którzy pamiętali, jak Luftwaffe atakowała we wrześniu polskie miasta i kolumny uchodźców, i którzy wiedzieli, przynajmniej w części, jak brutalna jest niemiecka okupacja, nie było to niczym niezwykłym, ale takie podejście szokowało Amerykanów. Nie potrafiąc wymówić jego imienia, nazywali go wcześniej Mike – Gładych przez swoich kolegów był wcześniej nazywany Michałem, bo jego styl walki kojarzył im się z Wołodyjowskim. Szybko zaczęli go nazywać Killer Mike. On sam nie ukrywał, że dołączył do USAAF, bo ich myśliwce miały większy zasięg i częściej zapuszczały się nad Niemcy, co dawało mu więcej okazji do zestrzeleń.

Gładych przez cały czas był jednak także pilotem Polskich Sił Zbrojnych i w czerwcu 1944 roku Inspektorat Sił Powietrznych wycofał go z amerykańskiej jednostki i skierował do dowództwa 12. Grupy Myśliwskiej RAF jako oficera łącznikowego. To mu się niezbyt podobało, więc regularnie jeździł na oddalone o ok. 180 kilometrów lotnisko swojego amerykańskiego dywizjonu, by latać z nimi na misje bojowe. To jednak sprawiało, że zaniedbywał swoje obowiązki, co wywołało konflikt z polskim dowództwem. Ostatecznie postawił na swoim i udzielono mu bezpłatnego urlopu, by mógł do nich wrócić.

Jego najsłynniejsza walka odbyła się 8 marca 1944 roku. Dowodzący tego dnia Gabreski, po wcześniejszej walce, nakazał swoim pilotom powrót do domu, ale Gładycha nigdzie nie było. Po kilku próbach kontaktu przez radio Gładych odpowiedział mu monotonnym głosem, że wdał się w walkę z trzema myśliwcami Focke Wulf Fw-190 w pobliżu jeziora Dummer (Dolna Saksonia). Już jeden taki myśliwiec byłby ogromnym zagrożeniem nawet dla P-47, a Gabreski był za daleko, by mu pomóc. Gładych zaatakował je od czoła i zestrzelił Niemca, który był na przodzie, po czym zaczął uciekać z dwoma Niemcami na ogonie. Gdy zauważył po drodze niemieckie lotnisko, przyszedł mu do głowy pomysł. Nadlatując nad nie, ostrzelał jego budynki. Obsługa niemieckich dział przeciwlotniczych myślała, że to nalot. Nie mogąc strzelać do Gładycha, który zdążył już uciec, otwarli ogień do ścigających go Niemców, biorąc ich za Amerykanów. Obydwa niemieckie myśliwce zostały na tyle mocno uszkodzone, że musiały przerwać pościg i wylądować. On sam nie doleciał do Anglii – zabrakło mu paliwa kilkaset metrów od brzegu i musiał skakać ze spadochronem do kanału La Manche. 

Fw_190A-3_JG_2_in_Britain_1942
Niemiecki myśliwiec Focke Wulf Fw 190. Były bardzo groźnymi przeciwnikami (fot. RAF)

Jedna z tych maszyn była pilotowana przez asa Luftwaffe Georga-Petera Edera. Gładych w artykule, który napisał dziesięć lat po wojnie, napisał, że wcześniej odbył z nim dwa inne pojedynki, w 1940 i 1942 roku. W obu Niemiec miał mocno uszkodzić jego samolot, ale ostatecznie darował mu życie. Po wojnie miał się spotkać z nim przypadkiem podczas wizyty we Frankfurcie i dopiero wtedy poznał jego nazwisko – wcześniej wiedział, że ma do czynienia z tym samym pilotem z powodu numeru 13 namalowanego na jego maszynie. Wielu historyków wątpi w tę historię, gdyż nie ma na nią twardych dowodów – ale trudno zrozumieć po co Gładych, przy jego stosunku do Niemców, miałby kłamać w takiej sprawie.

Nie walczył o sławę 

Nie jest do końca jasne, ilu Niemców zestrzelił. Oficjalnie zaliczono mu zestrzelenie 17 maszyn – w tym 10 z Amerykanami – i dwóch prawdopodobnych. Jedno z tych zwycięstw, z 27 marca 1944 roku, zaliczono mu, chociaż nie trafił wroga – ale wystraszył go tak mocno, że Niemiec w panice wyskoczył z całkiem sprawnego samolotu. Wielu pilotów, którzy z nim służyło, twierdzi jednak, że faktycznie zestrzelił ich dużo więcej, ale nie zgłaszał wszystkich zwycięstw dowództwu. Prawdy już raczej nigdy nie poznamy, ale nie jest to nieprawdopodobne. Amerykanie mieli zwyczaj wycofywania szczególnie zdolnych pilotów z frontu, by mogli szkolić innych. Skoro Gładych chciał zabijać Niemców, to jest możliwe, że wolał ukrywać swoje zwycięstwa, by go to nie spotkało. Wiadomo, że wspomniany wcześniej Bong też tak robił.

Po wojnie Gładych dowiedział się, że jego brat trafił do obozu jenieckiego w Austrii, który został wyzwolony przez Armię Czerwoną. Bał się, że z racji tego, że należał do AK, spotkają go represje, więc wykorzystując swój amerykański mundur, przyjechał do niego z „inspekcją” i dał radę go wykraść. On sam również nie miał ochoty się na nie narażać, więc zdecydował się na emigrację do USA, gdzie mieszkałą rodzina jego żony. Oficjalnie zmienił drugie imię, z Kazimierz na Michael, choć później przedstawiał się jako Mike Gładych. 

Współpracował z CIA, został joginem 

W USA początkowo pracował jako pilot w jednej z linii lotniczych, latał głównie do Brazylii i, wedle legendy, dorabiał sobie jako przemytnik. Dorabiał sobie także pisaniem artykułów o lotnictwie, które publikował w amerykańskiej prasie branżowej, napisał także biografię admirała Byrda. Niestety, w przeciwieństwie do wielu innych asów, nie spisał jednak nigdy swoich wspomnień, chociaż poświęcił im kilka artykułów i udzielił kilku wywiadów. Większość tego, co o nim wiemy, wiemy z relacji jego towarzyszy broni.

Na początku lat pięćdziesiątych Gładych został zrekrutowany przez CIA. Kulisy jego służby dla tej agencji pozostają w większości nieznane, ale z nielicznych odtajnionych dokumentów wiadomo, że był częścią Projektu Karczoch. To kontrowersyjny projekt, którego celem było sprawdzenie możliwości kontroli umysłów poprzez m.in. hipnozę i narkotyki, poprzednik słynniejszego projektu MK Ultra. Wiadomo, że Gładych, wraz z nowojorskim lekarzem Robertem S. Ecke, brał udział w „terapii” bułgarskiego opozycjonisty i agenta CIA Dimityra Dimitrowa. CIA oskarżyła go o chęć nawiązania współpracy z francuskim wywiadem i brutalnie przesłuchiwała, przez co miał później skrajnie negatywne nastawienie do agencji. Gładych i Ecke dostali polecenie udania się do tajnego ośrodka CIA w Panamie, by je zmienić. Z dokumentów wynika, że ich misja zakończyła się sukcesem.

Gładych odszedł z CIA w 1958 roku i przeprowadził się z rodziną do Seattle, gdzie zatrudnił się w dziale PR Boeinga. Współpracował także z Lockheedem i Douglasem i miał okazję polatać wieloma maszynami produkowanymi przez te firmy. On sam projektował także szybowce-zabawki. W międzyczasie zdobył też doktorat z psychologii i od lat osiemdziesiątych pracował jako psychoterapeuta i prezes kliniki zdrowia psychicznego w Bellevue. Fascynowała go joga i włączył ją do swoich terapii. Kilkukrotnie odwiedził Polskę, a w 1995 roku poznał innego słynnego polskiego asa, Stanisława Skalskiego. Zmarł 12 lipca 2011 roku, miał 93 lata. W latach 2012-2024 jego portret zdobił usterzenie pionowe MiGa-29 z 23 Bazy Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim.

źr. wPolsce24

Publicystyka

Ważny apel kapitan Anny Michalskiej. Znamienne słowa byłej rzecznik Straży Granicznej

opublikowano:
W ostatnich dniach media obiegła informacja o uniewinnieniu aktora Piotra Zelta, oskarżonego o zniesławienie byłej rzeczniczki Straży Granicznej, kpt. Anny Michalskiej. Sprawa wywołała gorącą dyskusję na temat roli mundurowych oraz granic krytyki wobec osób pełniących służbę publiczną.
(screen za wPolsce24)
Dla patriotów stała się symbolem niezłomności polskich funkcjonariuszy strzegących granicy Rzeczypospolitej. Na przedstawicieli środowisk lewicowo-liberalnych jej postawa zadziałała jak czerwona płachta na byka. Posypały się kalumnie, oskarżenia i hańbiące słowa, które doprowadziły niektórych celebrytów przed oblicze sądu. Wyroki, które przed tymi sądami zapadły, najlepiej byłoby pominąć milczeniem. Oddajmy jednak głos kapitan Annie Michalskiej, która odniosła się do całej sytuacji.
Publicystyka

A co by było, gdyby wygrał Trzaskowski? Całe szczęście to tylko zły sen

opublikowano:
Kampania wyborcza Rafała Trzaskowskiego pełna była licznych wpadek. Tu zachwala prince polo
Rafał Trzaskowski zachwala Prince Polo (fot. wPolsce24)
W dzisiejszym wydaniu "Wiadomości wPolsce24" redaktor Piotr Czyżewski uraczył nas zabawnym wideofelietonem o tym, co by było, gdyby prezydentem został Rafał Trzaskowski. Choć to materiał dość wesoły, gdyby jednak Polacy zagłosowali inaczej, nie byłoby nam do śmiechu.
Publicystyka

Dziennikarz wPolsce24 z zarzutami za… zadawanie pytań. Skandaliczna sprawa trafi do Rzecznika Praw Obywatelskich

opublikowano:
Szymon Szereda zadawał pytania m.in. pierwszemu przewodniczącemu KOD Mateuszowi Kijowskiemu
Szymon Szereda zadawał pytania m.in. pierwszemu przewodniczącemu KOD Mateuszowi Kijowskiemu (Fot. wPolsce24)
Sprawa, która w normalnie funkcjonującej demokracji nie powinna wydarzyć się nigdy, dzieje się dziś w Polsce: dziennikarz telewizji wPolsce24 Szymon Szereda usłyszał zarzuty za wykonywanie swoich obowiązków zawodowych. Powodem miało być rzekome „zakłócanie zgromadzenia” — w praktyce: zadawanie pytań aktywistom koalicji „13 grudnia” przed budynkiem Sądu Najwyższego.
Publicystyka

Minister Bogucki zmiażdżył Tuska. Premier kipiał ze złości

opublikowano:
Wściekłość Donalda Tuska podczas przemówienia szefa Kancelarii Premiera Zbigniewa Boguckiego. Premier zaciska usta
Wściekłość Donalda Tuska podczas przemówienia szefa Kancelarii Premiera Zbigniewa Boguckiego (fot. wPolsce24)
Najpierw było dość absurdalne przemówienie premiera Donalda Tuska, w którym oskarżał prezydenta Karola Nawrockiego i obóz PiS o chronienie przestępców i wspieranie rosyjskiej mafii, a później odpowiedź szefa Kancelarii Prezydenta Zbigniewa Boguckiego, która z pewnością przejdzie do historii polskiego parlamentaryzmu, po której Donald Tusk miał naprawdę nietęgą minę. Bogucki przypomniał, kto tak naprawdę był politykiem działającym na korzyść Rosji.
Publicystyka

Jacek Karnowski: Ta władza jest szczególnie bezwstydna

opublikowano:
Cały komitet polityków KO podczas otwarcia mostu tymczasowego
Cały komitet polityków KO podczas otwarcia mostu tymczasowego (fot. wPolsce24)
- Ta władza jest szczególnie bezwstydna. Ona się w ogromnej większości chwali tym, co zrobili poprzednicy - powiedział na antenie telewizji wPolsce24
Publicystyka

Oglądacie na własną odpowiedzialność! Zajrzeliśmy na chwilę do TVN-u, a tam... hymn na cześć Donalda Tuska

opublikowano:
W programie „Szkło Kontaktowe” jeden z widzów na żywo zaśpiewał piosenkę na cześć Donalda Tuska, a cała sytuacja pokazuje zarówno jego kontrowersyjne decyzje, jak i lojalność niektórych wyborców.
Szkło Kontaktowe (fot.Screenshot - Youtube/wPolsce24)
W trakcie programu na żywo Szkło Kontaktowe, emitowanego na antenie TVN-u, doszło do niespotykanej sytuacji. W pewnym momencie jeden z widzów dodzwonił się do studia, aby… odśpiewać piosenkę na cześć Donalda Tuska.