Czytelna i wyjątkowo perfidna strategia obozu Tuska. Będą na siłę kleić Epsteina z PiS. Czy Polacy dadzą się nabrać?

Już pierwsze reakcje tzw. mediów publicznych po ujawnieniu kolejnych dokumentów pokazują jasno obrany kierunek. W programach informacyjnych i publicystycznych pojawia się narracja, która nie analizuje akt Epsteina jako problemu globalnych elit, lecz próbuje je wpisać w bieżący, wewnętrzny spór polityczny w Polsce.
Symbolicznym przykładem była wypowiedź dziennikarza Polskiego Radia „w likwidacji” Rocha Kowalskiego (intelektualne pokrewieństwo z sienkiewiczowskim bohaterem rzuca się w oczy) w programie Justyny Dobrosz-Oracz, który – zamiast trzymać się faktów – postawił pytanie: czy „pedofilia i stręczycielstwo” to konserwatywne wartości?
To nie jest analiza. To jest insynuacja. I to wyjątkowo prymitywna.
Giertych testuje granice absurdu
Jeszcze dalej idzie Roman Giertych – dziś jeden z najgłośniejszych medialnych sojuszników Donalda Tuska. W opublikowanym materiale wideo pyta wprost: „Czy afera Epsteina zatopi PiS?”
To materiał poprzedzony wieloma wpisami w mediach społecznościowych, w których były prawnik Polnordu odlatywał coraz dalej i dalej. Trudno tam znaleźć choćby cień faktów, ale też internetowa twórczość Giertycha nie jest skierowana do ludzi, którzy prawdy poszukują, a ma stale podgrzewać ich nienawiść do partii Jarosława Kaczyńskiego. Skoro "wydarzył się Epstein" to mec. Giertych zaprzęga do tego celu tę sprawę. Gdyby wybuchła afera w NASA, to pewnie kleiłby polską prawicę z aferą w NASA.
Epstein nie był „człowiekiem prawicy”
Akta Epsteina pokazują jasno jedno: to była afera elit ponad podziałami.
W dokumentach i relacjach medialnych regularnie pojawiają się nazwiska ludzi związanych z amerykańskimi Demokratami, liberalnymi elitami Zachodu i międzynarodowymi instytucjami:
-
Bill Clinton – były prezydent USA – przez lata utrzymywał relacje towarzyskie z Epsteinem i był wymieniany w kontekście podróży oraz kontaktów z jego otoczeniem
-
Środowiska finansowe i celebryckie Nowego Jorku i Kalifornii, tradycyjnie bliskie Partii Demokratycznej
-
Europejscy politycy głównego nurtu, którzy w tym samym czasie pouczali państwa Europy Środkowej o „praworządności”
W tym kontekście warto przypomnieć także doniesienia norweskich mediów dotyczące byłego szefa Rady Europy Thorbjørna Jaglanda – jednego z tych polityków, którzy w czasie rządów Zjednoczonej Prawicy regularnie krytykowali Polskę. Według ujawnionych informacji Jagland miał utrzymywać kontakt mailowy z Epsteinem już po jego skazaniu, co wywołało poważny skandal w Norwegii. Jagland miał pisać do Epsteina na przykład o tym, że poznał w stolicy Albanii, Tiranie "niesamowite dziewczyny". A potem spotykał się z ówczesnym Rzecznikiem Praw Obywatelskich Adamem Bodnarem narzekając na stan "polskiej praworządności". To pokazuje skalę hipokryzji elit, ale nie pasuje do narracji rządu Tuska, więc w polskich mediach temat praktycznie nie istnieje.
Trump, Epstein i niewygodna prawda
Kluczowy element narracji obozu władzy brzmi: PiS jest ideowo bliski Trumpowi, a Trump znał Epsteina.
Tyle że:
-
Trump również pojawia się w kontekście relacji z Epsteinem, co nigdy nie było tajemnicą.
-
To jednak za jego prezydentury doszło do ujawnienia akt, a nie za rządów administracji Joe Bidena.
-
Trump – niezależnie od sympatii politycznych – stoi dziś na czele państwa, którego siła militarna jest fundamentem NATO i realnym gwarantem bezpieczeństwa Europy.
Te fakty są niewygodne, bo nie da się ich wpisać w prostą opowieść o „prawicowym złu”.
Komisja Żurka – narzędzie, nie śledztwo?
Powołanie specjalnej komisji ds. Epsteina, na czele której staje jeden z najbardziej lojalnych ministrów Donalda Tuska – Waldemar Żurek – wygląda nie jak próba rzetelnego wyjaśnienia globalnej afery, lecz jak próba przejęcia narracyjnej kontroli.
W praktyce chodzi o jedno pytanie: czy ta komisja będzie analizować wszystkie nazwiska i środowiska, czy tylko te, które da się medialnie „dokleić” do PiS? Czy zajmie się na przykład osobą nr 3 w "siatce Epsteina" Januszem Banasiakiem, który wyemigrował z Polski w latach 80. i który według nieoficjalnych źródeł zawsze dystansował się od prawicowej części Polonii, a bliżej mu było to partii lewicowo-liberlanych?
Czy Polacy dadzą się nabrać?
Afera Epsteina jest zbyt poważna, by sprowadzać ją do partyjnej pałki. Obejmuje ludzi z różnych krajów, ideologii i układów władzy. Próba przedstawienia jej jako problemu „konserwatywnego obozu” jest intelektualnie nieuczciwa i łatwa do obalenia. Pytanie brzmi nie tyle, czy narracja obozu Tuska jest grubymi nićmi szyta – bo jest – lecz czy polscy odbiorcy jeszcze raz pozwolą się wciągnąć w medialną grę skojarzeń, zamiast domagać się pełnego obrazu faktów.
Na razie widać wyraźnie, że obóz Tuska ma nadzieję przejechać medialnym walcem po umysłach wielu "Rochów Kowalskich", by skutecznie skleić pojęcia "Epstein", "pedofila" z pojęciami "prawica" i "PiS".
W aktach Epsteina pojawia się także lider zespołu U2 Bono. Ten sam, który w 2018 roku odwiedził Donalda Tuska w Brukseli i razem z ówczesnym przewodniczącym Rady Europy pozował pod plakatem z napisem "Kon-sty-tuc-ja". Można być pewnym, że gdyby mecenas Giertych był przeciwnikiem Tuska to choćby na tej podstawie już pytałby czy "afera Epsteina zatopi polskiego premiera". Po prawej stronie nie ma jednak osób tak oderwanych od rzeczywistości, by popisywać takim strumieniem świadomości.
Olgierd Jarosz











