Z takimi przyjaciółmi, po co nam wrogowie? Niemcy nie chcieli upadku ZSRS, blokowali rozszerzenie NATO. Tajne akta dyplomacji

Z tego tekstu dowiesz się:
- Ujawnione dokumenty niemieckiego MSZ z 1991 roku pokazują sceptyczne podejście Helmuta Kohla i Hansa-Dietricha Genschera do rozpadu ZSRR.
- Niemieccy przywódcy mieli obawiać się niepodległości państw bałtyckich i Ukrainy oraz sprzeciwiać się szybkiemu rozszerzeniu NATO na wschód.
- Autor wskazuje, że Berlin próbował ograniczać euroatlantyckie ambicje państw Europy Środkowo-Wschodniej, licząc na utrzymanie dobrych relacji z Moskwą.
- Tekst zestawia politykę Niemiec z początku lat 90. XX wieku z późniejszą Ostpolitik, Nord Streamem i reakcjami Berlina na agresję Rosji wobec Ukrainy.
- Główna teza artykułu brzmi: niemiecka polityka wobec Wschodu była przez dekady podporządkowana strachowi przed Rosją i chęci robienia z nią interesów.
Niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych publikuje co roku kolejną porcję swoich dokumentów – listów, depesz dyplomatycznych, notatek z oficjalnych spotkań itp. Zwykle budzi to zainteresowanie jedynie historyków. W 2022 roku było jednak inaczej.
Opublikowane wtedy dokumenty pochodziły bowiem z 1991 roku. Rzuciły nowe światło na to, jak czołowi architekci ówczesnej „Ostpolitik” - kanclerz Helmut Kohl (CDU) i wicekanclerz i minister spraw zagranicznych w jego rządzie Hans-Dietrich Genscher (FDP) – podchodzili do epokowych wydarzeń, które miały miejsce w tym roku.
Niemcy nie chciały upadku ZSRS
1991 rok był bez wątpienia jednym z najważniejszych lat w historii ludzkości. Trwająca od 1945 roku zimna wojna zakończyła się zdecydowanym zwycięstwem Zachodu, a ZSRS, jedno z najbardziej zbrodniczych państw w historii, było pogrążone w głębokim kryzysie, z którego, jak się na szczęście okazało, nie było już wyjścia. I chociaż na ostateczny upadek Sowietów przyszło poczekać do 26 grudnia, od początku roku było już pewne, że to już koniec.
Opublikowane w 2022 roku dokumenty dowodzą, że Niemców wcale to nie cieszyło. Kohl uważał, że to katastrofa, a każdy, kto tego chce, to kretyn. Aby do tego nie dopuścić, aktywnie działał przeciwko niepodległości sowieckich kolonii, dla niepoznaki zwanych „republikami”.
Niech zrezygnują z niepodległości
Wśród nich były państwa bałtyckie – Litwa, Łotwa i Estonia. Sowieci dokonali ich aneksji na początku lat 40. i, jak wszędzie gdzie się pojawili, dokonali tam masowych zbrodni i wprowadzili swój reżym. Nic więc dziwnego, że te państwa nie mogły się doczekać odzyskania niepodległości.
Kohl – który sam skorzystał z okazji i błyskawicznie rozpoczął proces zjednoczenia Niemiec – uważał, że są one na złej ścieżce, o czym powiedział w 1991 roku ówczesnemu prezydentowi Francji Francois Mitterandowi.
Czytaj także:
Grecja domaga się reparacji od Niemiec. Prezydent Steinmaier zaskoczony w czasie wizyty w Atenach
Niemcy nie przejmują się Strefą Schengen. Przedłużą kontrole na granicach
Mimo że władze RFN nigdy oficjalnie nie uznały ich aneksji, polityk był przekonany, że powinny poczekać co najmniej dekadę, zanim ogłoszą niepodległość, a gdy to już się stanie, powinny mieć neutralny status tak jak Finlandia – zmuszona do tego traktatem po przegranej wojnie z ZSRR – i nie być częścią NATO czy Wspólnoty Europejskiej.
Ukraina w ZSRS na zawsze
Jeszcze bardziej haniebne poglądy Kohl miał na niepodległość Ukrainy, gdzie wywołana sztucznie przez rosyjskich komunistów klęska głodu zabiła, według niektórych szacunków, od 3 do 12 milionów Ukraińców. Zdaniem Kohla to państwo powinno nadal być częścią ZSRS, gdyż jego odejście spowoduje upadek Sowietów.
Gdy stało się jasne, że jest to nieuniknione, kanclerz przekonywał, że niepodległa Ukraina i powinna stworzyć konfederację z Rosją i innymi byłymi republikami, co utrzymałoby ją w orbicie wpływów Moskwy.
Kohl deklarował nawet w rozmowie z Borysem Jelcynem, że wpłynie na ukraińskie przywództwo, by je przekonać do tego pomysłu. Zrezygnował z tego pomysłu dopiero, gdy w referendum ponad 92% Ukraińców opowiedziało się za niepodległością – Niemcy ostatecznie okazały się pierwszym państwem Wspólnoty Europejskiej, które ją oficjalnie uznało.
Ręce precz od NATO
W 1991 roku przestał istnieć także Układ Warszawski. Formalnie był on paktem obronnym, sowiecką odpowiedzią na NATO. W praktyce podporządkowywał jednak Kremlowi armie państw członkowskich i był kolejnym narzędziem kontroli Europy Wschodniej. Państwa, które spędziły wiele dekad pod sowieckim butem, bardzo chciały dołączyć do NATO – i z tych dokumentów wynika, że niemiecki szef dyplomacji Hans-Dietrich Genscher aktywnie działał, by im to uniemożliwić.
Ówczesny ambasador Niemiec w Rosji alarmował na początku 1991 roku, że NATO-wskie ambicje państw Układu Warszawskiego wywołały na Kremlu poczucie zagrożenia, obawy o izolację i frustrację z powodu niewdzięczności niegdyś bratnich narodów <sic!>. Genscher uważał, że nie powinno się pogarszać tego uczucia. Deklarował, że ekspansja NATO na wschód nie jest w interesie Niemiec. Twierdził także, że te państwa mają prawo dołączyć do Sojuszu – ale Niemcy powinny się skupić na tym, by nie skorzystały z tego prawa.
Za słowami szły niestety czyny. W 1990 roku rozpoczęły się negocjacje Dwa plus Cztery, w których wzięły udział NRD, RFN i cztery państwa, które okupowały Niemcy po wojnie: Rosja, USA, Wielka Brytania i Francja. Dotyczyły potencjalnego zjednoczenia Niemiec.
W ich trakcie Genscher powiedział Rosjanom, że Niemcy chcą zostać w NATO po zjednoczeniu, a w zamian za zgodę na to obiecał im, że NATO nie rozszerzy się na wschód. Warto dodać, że te rzekome obietnice – które nigdy nie znalazły się w oficjalnych traktatach – stały się dla Putina jednym z usprawiedliwień agresji na Ukrainę.
Genscher uważał, że aby w pewnym stopniu zaspokoić te ambicje, trzeba dla nich znaleźć alternatywę dla NATO, która będzie bardziej akceptowalna dla Sowietów. Taką alternatywą została Rada Współpracy Paktu Północnoatlantyckiego. Niemcy w poufnych rozmowach z rządami państw byłego Układu Warszawskiego zachęcały je, by te ograniczyły się do bycia jej członkami i przestały się starać o pełne członkostwo w NATO.
Co więcej, chciały także, żeby NATO wydało formalne oświadczenie, że nie przyjmie żadnych państw na wschód od Berlina. Dopiero gdy podczas wizyty w Waszyngtonie Amerykanie powiedzieli Genscherowi, że takiej ekspansji nie da się wykluczyć, zrezygnowali z tego planu.
Strach i interesy
Niemcami, jak zawsze w takich chwilach, powodowały dwie główne motywacje: strach i fascynacja Rosją. Kohl i Genscher bali się, że upadek ZSRS spowoduje upadek Michaiła Gorbaczowa, który nb. blisko przyjaźnił się z kanclerzem Niemiec, a władzę przejmie ktoś gorszy od niego. Poniekąd ten scenariusz zaczął się sprawdzać, chociaż pucz Janajewa (sierpień 1991 r.) ostatecznie okazał się nieudany.
Niemcy bali się także, że odzyskanie wolności wywoła w Europie Środkowej i Wschodniej falę nacjonalizmów, która spowoduje nowe konflikty, jak np. wojnę między Polską i Litwą – co, jak wiemy, okazało się bzdurą. Niemcy liczyły jednak także na nowe otwarcie w stosunkach z Rosją i, w domyśle, lukratywne interesy z Kremlem. I były w tym celu gotowe na poświęcenie suwerenności i bezpieczeństwa swoich sąsiadów.
Na szczęście Niemcom nie udało się wtedy zrealizować swoich planów. Dziś po ZSRR pozostało tylko ponure wspomnienie, a większość byłych państw, które były pod sowieckim butem, dziś jest członkami NATO i UE. Można oczywiście powiedzieć, że nie powinno się oceniać ówczesnych przywódców Niemiec, bo nie wiedzieli wtedy tego, co my wiemy teraz. Ale biorąc pod uwagę, jak wyglądała ich Ostpolitik w XXI wieku, także po aneksji przez Rosję Krymu czy w pierwszych dniach wojny na Ukrainie – czy możemy być pewni, że historia się nie powtórzy, gdy tylko będzie miała okazję?
źr. wPolsce24 za "Spiegel"











