Koniec z cyfrową anarchią w szkołach? Rząd w końcu ulega presji rodziców i wprowadza twardy zakaz. Ale diabeł tkwi w szczegółach...

Czy to przełom w walce o dusze i umysły młodego pokolenia, czy jedynie próba przypodobania się centrowo-prawicowemu elektoratowi?
Koniec z „wirtualną pauzą”. Smartfony zostają w domach lub szafkach
Rada Ministrów oficjalnie przyjęła przepisy, które mają drastycznie zmienić codzienność w polskich podstawówkach. Nowe prawo ma wejść w życie już po tegorocznych wakacjach. Zakaz nie będzie fikcją, ma obejmować nie tylko same lekcje, ale cały pobyt ucznia na terenie placówki, w tym również przerwy.
Dla wielu komentatorów to ruch w dobrą stronę. Od lat polskie korytarze szkolne na przerwach przypominały raczej ponure poczekalnie, gdzie dzieci zamiast rozmawiać, budować relacje i biegać, siedziały ze wzrokiem utkwionym w ekrany. Smartfony stały się narzędziem głębokiej atomizacji rówieśniczej, a także katalizatorem cyberbulingu, nagrywania rówieśników z ukrycia i ośmieszania ich w sieci.
Premier Donald Tusk, zapowiadając zmiany, sam przyznał, że rząd porywa się na „rzecz bardzo trudną”, z którą zmagają się państwa w całej Europie. Pytanie jednak, dlaczego na te oczywiste regulacje musieliśmy czekać tak długo?
Ochrona przed pornografią
Decyzja o odebraniu dzieciom smartfonów zbiega się w czasie z przyjęciem przez rząd pakietu ustaw wdrażających unijny Akt o usługach cyfrowych (DSA). Resort cyfryzacji, kierowany przez Krzysztofa Gawkowskiego, ogłosił jednoczesną walkę z dostępem małoletnich do treści pornograficznych w sieci.
Z przedstawionych danych wynika porażający obraz współczesnego świata: średni wiek pierwszego kontaktu polskiego dziecka z internetową pornografią to niespełna 11 lat. Państwo ma wprowadzić „skuteczną i w pełni anonimową weryfikację wieku”. Choć intencja ochrony dzieci jest bezdyskusyjnie słuszna i popierana przez środowiska prawicowe, w kuluarach już pojawiają się pytania o to, czy narzędzia te nie zostaną w przyszłości wykorzystane do głębszej inwigilacji ruchu w sieci pod pretekstem walki z nielegalnymi treściami?
Surowe kary dla uczniów. Jak szkoła wyegzekwuje zakaz?
Wielu rodziców zadaje sobie pytanie: co stanie się w sytuacji, gdy uczeń złamie zakaz i wyciągnie schowany telefon? Rządowy projekt nowelizacji zakłada jasne procedury. W przypadku naruszenia przepisów, szkoła będzie miała prawo zastosować restrykcyjne środki przewidziane w swoim statucie:
-
oficjalne upomnienia,
-
tzw. kontrakty wychowawcze zawierane z rodzicami,
-
kary statutowe,
-
obniżenie oceny z zachowania.
Przewidziano jedynie nieliczne wyjątki, smartfon będzie mógł być użyty tylko wtedy, gdy uczeń posiada okresową zgodę dyrektora ze względów zdrowotnych (np. monitorowanie poziomu cukru przy cukrzycy), wynikających z niepełnosprawności lub w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia życia.
Sukces konserwatywnych środowisk?
Wprowadzenie zakazu używania telefonów to niewątpliwy sukces opinii publicznej, w tym mediów niezależnych i konserwatywnych organizacji, które nieustannie piętnowały bierność resortu edukacji wobec cyfrowych zagrożeń.
Część obserwatorów sceny politycznej zwraca jednak uwagę na idealny moment ogłoszenia tej decyzji. Ministerstwo Edukacji Narodowej pod wodzą Barbary Nowackiej znajduje się pod ciężkim ostrzałem opinii publicznej z powodu siłowego przepychania do szkół od września kontrowersyjnych, lewicowych programów tzw. „edukacji zdrowotnej”, która w wydaniu koalicji rządzącej budzi ogromny opór rodziców z uwagi na radykalne treści ideologiczne i seksualizujące. Czy rzucenie szkołom „zakazu smartfonów” nie jest sprytnym zabiegiem PR-owym, mającym odwrócić uwagę od pełzającej rewolucji światopoglądowej w podstawach programowych?
Jedno jest pewne: od 1 września polska szkoła wejdzie w nową rzeczywistość. O tym, czy przepisy okażą się martwym prawem, czy realną tarczą chroniącą polskie dzieci, zdecyduje determinacja dyrektorów i samych rodziców.
źr. wPolsce24











