Dobijała się do mieszkania, groziła, że ją zabije. Policja pojawiła się dopiero po sześciu godzinach

Do zdarzenia doszło 1 grudnia zeszłego roku na warszawskiej Woli. Kobieta powiedziała Wyborczej, że wraz z partnerem jesienią przeprowadzili się na osiedle Czyste. Tego dnia, ok. 16, usłyszała zgrzyt klucza w zamku, a następnie ktoś zaczął się dobijać do jej mieszkania.
Groziła, że ją zabije
Pani Zofia wyjrzała przez wizjer i zauważyła, że na korytarzu stoi nieznana jej kobieta. Powiedziała jej, że to pomyłka i ma odejść. W odpowiedzi ta zaczęła ją wyzywać i grozić, że ją zabije, całym ciałem rzucała się na zamknięte drzwi. Przerażona kobieta zadzwoniła dwukrotnie, w odstępie 10 minut, na numer alarmowy 112. Powiedziałam, że ktoś próbuje dostać się do mieszkania i jest agresywny. Płakałam do słuchawki i prosiłam o pomoc. Usłyszałam, żebym się uspokoiła. Jeśli się boję, mam schować się w łazience i "nie blokować linii" – powiedziała GW.
Świadkiem zdarzenia była mieszkająca naprzeciwko sąsiadka Joanna, która wtedy nie znała jeszcze Zofii. Powiedziała GW, że rozpoznała dobijającą się do drzwi kobietę po charakterystycznej fryzurze – jeździła z nią wcześniej windą i często czuć było od niej marihuanę. Według jej relacji napastniczka krzyczała coś po rosyjsku lub ukraińsku. Była wyraźnie odurzona, czuć było od niej alkohol. Wywnioskowała z jej krzyków, że uważa, że to mieszkanie jej chłopaka, w którym znajduje się jakaś kobieta, być może jego kochanka.
Pomogli jej sąsiedzi
Widząc interwencję sąsiadki, pani Zofia postanowiła otworzyć drzwi i wyjaśnić sprawę. To był błąd. Widząc to, napastniczka zablokowała drzwi stopą, otwarła je na oścież i zaczęła szarpać ją za włosy, wyrywając jej kosmyk. Następnie wyciągnęła ją z mieszkania, weszła do środka i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Na pomoc poszkodowanej ruszyli sąsiedzi. Trzem mężczyznom udało się wejść do środka, znaleźli tam półprzytomną agresorkę. Wezwali jej partnera, który zabrał ją do siebie. Policjanci pojawili się na miejscu dopiero po sześciu godzinach od wezwania, ok. 22. Pani Zofia powiedziała Wyborczej, że chciała im przekazać kosmyk włosów, który wyrwała jej napastniczka, ale odmówili zabezpieczenia dowodu – poinformowali ją, że powinna zgłosić tę sprawę następnego dnia na komisariacie. Nie porozmawiali też z wszystkimi świadkami. Poszli do mieszkania napastniczki ale odeszli, gdy nikt nie otworzył im drzwi.
Policja twierdzi, że nie miała ludzi
Poszkodowana przyznała, że po tym zdarzeniu bała się wychodzić i przebywać w domu, takie obawy wyrażali także jej sąsiedzi. Właściciel mieszkania wypowiedział napastniczce umowę, ale mimo tego kilka razy zauważono ją na osiedlu. Uderza mnie poczucie, że jestem z tym kompletnie sama. Policja nie przyjeżdża przez kilka godzin, a potem zachowuje się tak, jakby to była błahostka – powiedziała. Dodała, że jej zdaniem sprawa utknęła w miejscu i napastniczki nie spotka żadna kara. Nie odbierają telefonów, nie oddzwaniają. Czujesz się, jakby sprawa w ogóle nie istniała – powiedziała.
Zapytana o to przez dziennikarzy, nadkom. Marta Sulowska z wolskiej policji powiedziała, że numer 112 nie jest obsługiwany przez policję. Stwierdziła także, że nie wysłano do niej patrolu, bo policjanci byli akurat zajęci. W chwili przekazania zgłoszenia załogi patrolowe były zaangażowane w obsługę innych interwencji, co czasowo uniemożliwiło natychmiastowe skierowanie patrolu do nowego zdarzenia – powiedziała - Podkreślam, że dysponowanie patroli odbywa się według stopnia zagrożenia życia, zdrowia lub mienia. W omawianym przypadku treść zgłoszenia nie wskazywała na stan nagłego zagrożenia, co determinowało kolejność realizacji interwencji.
Policjantka przekazała także, że w tej sprawie wszczęto postępowanie, które obecnie jest na etapie gromadzenia materiału dowodowego, o czym pokrzywdzona miała być poinformowana odrębnym pismem.
źr. wPolsce24 za WP











