To już przesada. Zieloni w zakazują piwa, flag i białych mężczyzn. Mieszkańcy przerywają milczenie

Torrington Avenue w dzielnicy Knowle West to jeden z najbiedniejszych rejonów Bristolu. Ale w czasie mistrzostw świata w piłce nożnej zmienia się w twierdzę angielskiej dumy. Flagi św. Jerzego wiszą na prawie każdym z 88 domów. Mieszkańcy sami je wieszają, a tradycja sięga 2006 roku, kiedy zmarły już ojciec jednej z kobiet przeciągnął pierwszy sznur przez ulicę.
Flaga św. Jerzego – czerwony krzyż na białym tle – to jeden z najstarszych symboli Anglii. Jej korzenie sięgają średniowiecza, a sam święty Jerzy jest patronem Anglii od czasów wypraw krzyżowych. Przez wieki towarzyszyła Anglikom na polach bitew, podczas koronacji królewskich i na sportowych stadionach. Dla wielu Brytyjczyków to nie tylko kawałek materiału, ale znak tożsamości, historii i dumy narodowej – symbol, który jednoczy, a nie dzieli.
Niech spróbują je zdjąć. Dlaczego ludzie nie mogą wywieszać flag? Mój stary walczył na plażach Normandii, a ja wywieszam flagę dla niego i dla angielskiej reprezentacji. Rada nic nie robi z ćpunami i złodziejami, ale robi aferę o flagi. Anglia oszalała" - mówi Jordan Donaldson, ochroniarz nocnego klubu.
Rada miejska, którą od 2024 roku rządzą Zieloni, wydała oświadczenie, w którym prosi mieszkańców o zgłaszanie osób wywieszających flagi na terenach publicznych, takich jak latarnie czy barierki. Zdaniem radnych mogą one być niepożądane i niestosowne w przestrzeni publicznej.
Ludzie nie mogą wywieszać flag na słupach czy ogrodzeniach ani na żadnym terenie publicznym. Świętując odpowiedzialnie i mając na względzie innych, możemy zapewnić, że Bristol pozostanie gościnny, pełen szacunku i bezpieczny dla wszystkich podczas turnieju" - przekonuje Tony Dyer, lider rady.
Mieszkańcy nie dają się jednak zastraszyć. Ich flagi są przymocowane do własnych domów, które należą do rady, ale oni je wynajmują. To sprawia, że granica między własnością publiczną a prywatną jest płynna. A lokalna tradycja liczy sobie już dwie dekady.
Hipokryzja rady wychodzi na jaw, gdy przypomnimy sobie, że w zeszłym roku na ratuszu powiewała flaga Palestyny. Decyzja zapadła po uznaniu przez brytyjski rząd państwowości palestyńskiej. Flaga Anglii jest natomiast kontrowersyjna i niemile widziana. I to w mieście, które szczyci się różnorodnością i otwartością
To nie jest żaden polityczny manifest. Tata był wielkim fanem Bristol City i Anglii, i tak to się rozwinęło. Ale flagi wiszą tylko na czas turnieju, potem są zdejmowane. Jeśli ktoś nie chce, nikt go nie zmusza. Mamy tu wielu ludzi z mniejszości etnicznych i uważają to za świetne" - tłumaczy Lisa Harding, której zmarły ojciec rozpoczął tradycję w 2006 roku.
Bristol od lat uchodzi za jedno z najbardziej lewicowych miast w Wielkiej Brytanii, obok Brighton i Oksfordu. To tu w 2020 roku tłum obalił pomnik handlarza niewolników Edwarda Colstona i wrzucił go do zatoki. Sąd uniewinnił czworo aktywistów, którzy uznali, że działali w słusznej sprawie.
Teraz rada Zielonych idzie o krok dalej. Odwołała wieloletni festiwal piwny CAMRA, bo miasto nie powinno promować alkoholu. Zmieniła nazwę słynnego parowca SS Great Britain Isambarda Kingdom Brunela na nudne „Bristol Dockyards”, bo Brunel to – jak sugerują krytycy – „martwy biały mężczyzna”. Wystawa ma teraz opowiadać o imperialnych wojnach i nieusłyszanych głosach migrantów.
Rada promuje też radykalną politykę transpłciową. W zeszłym roku ogłosiła, że kobiety należy nazywać „osobami z jajnikami”. Gdy mieszkańcy próbowali protestować, 18 radnych Zielonych opuściło salę obrad.
W dzielnicy Stokes Croft, zwanej „Ludową Republiką”, wiszą murale Banksy’ego i plakaty zapowiadające konferencję marksizmu. Ale nawet tam nie wszyscy zgadzają się z zakazem piwa. Alan James-Haile, 39-letni właściciel pubu Firepit, mówi wprost: – Browarnictwo to starożytny przemysł, w naszym DNA, część ludzkiej tkanki. To wygląda jak polityka na zasadzie „wszystko albo nic”, która nie szanuje faktu, że jesteśmy stworzeni do kontaktów społecznych.
Heather Mack, wiceszefowa rady Zielonych, broni decyzji:
Rada zachęca do radości, współpracując z organizatorami wydarzeń, ale nie będziemy dawać zniżek na imprezy alkoholowe, bo to niezgodne z naszą etyką."
Jedynym światełkiem w tunelu dla tradycyjnych Brytyjczyków jest Daniel Fry, radny z Patchway, jeden z zaledwie dwóch przedstawicieli partii Reform UK w całym Bristolu.
Polityka alkoholowa to typowa postawa Zielonych – nie są partią ludzi pracy. To część bycia Brytyjczykiem – spotkania towarzyskie przy piwie, oglądanie piłki nożnej i wywieszanie flagi. To po prostu duma narodowa" - mówi radny.
Rada Zielonych w Bristolu z zakazami flag, piwa i własnego dziedzictwa udowadnia, że oderwała się od rzeczywistości i straciła kontakt z mieszkańcami, którzy chcą po prostu żyć po swojemu. Ta ideologiczna obsesja na punkcie politycznej poprawności przynosi odwrotny skutek – zamiast jednoczyć społeczność, dzieli ją i wypycha w stronę prawicy, która już czeka na swój moment.
źr. wPolsce24 za The Telegraph











