UE jak monarchia? Wspólnotą rządzi jedna arogancka Niemka - nie konsultuje się z nikim i wszystkich lekceważy

Według relacji unijnych urzędników, Komisja Europejska pod przewodnictwem Ursuli von der Leyen działa dziś w trybie zamkniętym, dalekim od kolegialnego modelu znanego z czasów Jean-Claude’a Junckera. Przewodnicząca Komisji – jak pisze Politico – pracuje w swoistym „metaforycznym bunkrze”, do którego dostęp informacyjny ma niemal wyłącznie jej szef gabinetu, Björn Seibert. Reszta Komisji dowiaduje się o decyzjach „w razie konieczności” – albo wcale.
Rzeczniczka bez wiedzy, Komisja bez przejrzystości
Symbolem tej sytuacji jest los Pauli Pinho, głównej rzeczniczki Komisji Europejskiej. To ona codziennie staje przed kamerami i pytaniami dziennikarzy, często… nie mając żadnych odpowiedzi. Nie tylko dlatego, że ich nie zna, ale dlatego, że nie ma do nich dostępu lub uprawnień, by je przekazać.
Jak zauważa Politico, Komisja Europejska stała się dziś bardziej zamknięta niż kiedykolwiek. Gdy von der Leyen trafiła do szpitala z zapaleniem płuc, informację tę podała niemiecka agencja DPA – nie sama Komisja. Dla porównania: nawet Watykan informował opinię publiczną szybciej i pełniej o stanie zdrowia papieża Franciszka.
To nie tylko problem komunikacyjny. To systemowy brak przejrzystości, w którym obywatele UE, media, a nawet sami komisarze dowiadują się o kluczowych sprawach post factum.
Upokorzona dyplomacja UE
Jeszcze bardziej wymowny jest przypadek Kaji Kallas, szefowej unijnej dyplomacji. Politico opisuje jej relacje z von der Leyen jako otwarcie złe – gorsze nawet niż te, które przewodnicząca miała z poprzednikiem Kallas - Josephem Borrellem.
Komisja odebrała Kallas kluczowe kompetencje, tworząc nowe dyrekcje zajmujące się polityką zagraniczną, które dublują jej zadania. Jednocześnie ograniczana jest rola Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych, a próba wzmocnienia pozycji Kallas poprzez powołanie wpływowego zastępcy została zablokowana… przez biuro von der Leyen.
Jak relacjonuje Politico, Kallas prywatnie nazywa przewodniczącą Komisji „dyktatorem”, ale – pochodząc z małej Estonii i stojąc na czele niewielkiej frakcji – nie ma realnych narzędzi, by się przeciwstawić.
To zdanie mówi więcej o dzisiejszej Unii Europejskiej niż setki oficjalnych deklaracji o „równości państw”.
Komisja „europejska”, interes narodowy?
Komentarz europoseł i byłej premier Beaty Szydło trafnie punktuje sedno problemu: w Komisji Europejskiej powstają struktury dublujące się kompetencyjnie, łamane są wewnętrzne zasady, a realna władza skupia się w rękach przewodniczącej – bez skutecznej kontroli.
To rodzi fundamentalne pytanie: czy Komisja Europejska nadal działa w interesie całej Unii, czy raczej zgodnie z polityczną wizją i interesem najsilniejszych państw?
Jeśli nawet szefowa unijnej dyplomacji nie ma wpływu na politykę zagraniczną UE, a rzeczniczka Komisji nie wie, co dzieje się w instytucji, którą reprezentuje – to znaczy, że problem nie jest personalny. Jest ustrojowy.
Jak długo jeszcze?
Tekst Politico nie jest pamfletem ani publicystyką. To chłodna, reporterska relacja z wnętrza brukselskiej machiny władzy. A jej wniosek jest prosty i niepokojący: Unia Europejska coraz mniej przypomina wspólnotę państw, a coraz bardziej scentralizowaną strukturę zarządzaną z jednego gabinetu - jednej 67-letniej niemieckiej kobiety, której praca na wcześniejszych stanowiskach w niemieckim rządzie była oceniana bardzo kiepsko.
Jak długo jeszcze ten model będzie akceptowany – szczególnie przez mniejsze państwa członkowskie – pozostaje pytaniem otwartym. Ale jedno jest pewne: im więcej władzy skupionej w jednym miejscu, tym mniej Unii w Unii Europejskiej.
źr. wPolsce24 za politico.eu/X











