Niemcy płaczą nad stratami po sankcjach na Rosję. Chodzi o miliardy euro

Jak ujawnia „Süddeutsche Zeitung”, niemiecki rząd federalny przedstawił właśnie bilans wydatków na ratowanie krajowego rynku energii po odcięciu rosyjskiego surowca w 2022 roku. Kwota poraża: z kieszeni niemieckich podatników wyparowało ponad 50 miliardów euro (ponad 215 mld zł), a wielu ekspertów i analityków wskazuje, że rzeczywiste koszty tej katastrofy są znacznie wyższe.
„Doppel-Wumms”, czyli zasypywanie kompromitacji górą euro
Gdy jesienią 2022 roku kanclerz Olaf Scholz ogłaszał z domowej kwarantanny swój szumnie nazwany pakiet ratunkowy „Doppel-Wumms”, opiewający na pulę do 200 miliardów euro, w Berlinie gaszono pożar, który sami Niemcy przez dekady podsycali. Pod szumnymi hasłami „tarczy obronnej” i walki ze skutkami rosyjskiego szantażu kryła się paniczna próba ratowania niemieckich koncernów energetycznych (takich jak Uniper) oraz ochrona gospodarstw domowych przed astronomicznymi rachunkami.
Zamiast jednak uderzyć się w pierś i przyznać do strategicznego bankructwa polityki Wandel durch Handel (zmiana przez handel), niemieckie media i rząd wciąż wolą określać te wydatki mianem „kryzysu Putina”. Pomija się przy tym kluczowy fakt: to nie zrządzenie losu wpędziło Republikę Federalną w tak potężny kryzys, lecz świadomy, wieloletni lobbing niemieckiej klasy politycznej – od socjaldemokratów po chadeków.
Niemiecki rachunek, europejskie konsekwencje
Niemiecka elita polityczno-biznesowa budowała model gospodarczy oparty na fikcji: tanim surowcu z Rosji i jednoczesnym forsowaniu dogmatycznej transformacji energetycznej (Energiewende), połączonej z ideologicznym wygaszaniem bezpiecznych elektrowni jądrowych. Gdy w 2022 roku kurki z gazem zostały zakręcone, misternie tkana niemiecka potęga gospodarcza zatrzęsła się w posadach.
Berlin ratował się tym, czym zawsze w sytuacjach kryzysowych – potężną pompą finansową. Interwencyjny skup gazu na światowych rynkach za miliardy euro wywindował ceny w całej Europie, uderzając rykoszetem w sąsiadów, w tym w polski przemysł i konsumentów. Gdy Warszawa od lat dywersyfikowała dostawy, budując terminal LNG w Świnoujściu oraz gazociąg Baltic Pipe, Berlin wolał uzależniać Europę od gazu przesyłanego z Rosji przez rury na dnie Bałtyku.
Lekcja, z której Berlin nie wyciąga wniosków
Jak donosi niemiecki Sueddeutsche Zeitung, opublikowany rachunek na 50 miliardów euro to tylko bezpośrednie transfery z budżetu federalnego. Nie obejmuje on długofalowych szkód: trwającej dezindustrializacji niemieckiej gospodarki, ucieczki kapitału za ocean czy spadku konkurencyjności europejskich firm.
Zamiast skruchy za wciągnięcie całego kontynentu w strefę rosyjskiego szantażu, w Berlinie wciąż słychać próby zrzucania całej odpowiedzialności na czynniki zewnętrzne. Ujawnione przez niemiecką prasę dane to dobitne świadectwo klęski niemieckiego przywództwa w Europie. Okazuje się, że za lekcję realizmu geopolitycznego, której Polska udzielała Niemcom za darmo, podatnicy za Odrą musieli zapłacić astronomiczną cenę. Pytanie brzmi, czy to wystarczy, by wyleczyć tamtejsze elity z pouczania innych.
źr. wPolsce24 za sueddeutsche.de









