Blackout, terroryści i milion euro nagrody. Niemcy przyznają się do bezradności

Na początku stycznia w południowo-zachodniej części Berlina doszło do podpalenia infrastruktury energetycznej, które pozbawiło prądu około 45 tysięcy gospodarstw domowych oraz ponad 2 tysiące firm. Przez kilka dni sparaliżowane było normalne funkcjonowanie dzielnic miasta. Sprawa od początku traktowana jest jako akt terroryzmu.
Znają ich kilkanaście lat i... nic z tego nie wynika
Do ataku przyznała się skrajnie lewicowa „Grupa Wulkan”, znana niemieckim służbom od kilkunastu lat. Prokurator generalny prowadzi śledztwo pod kątem działalności w organizacji terrorystycznej, sabotażu antykonstytucyjnego oraz podpalenia infrastruktury krytycznej. Mimo to – jak informują niemieckie media publiczne – organy ścigania wciąż nie dysponują żadnymi przełomowymi ustaleniami.
Potwierdziła to sama senator ds. wewnętrznych Berlina Iris Spranger, przyznając, że sytuacja jest „bez precedensu” i że nigdy wcześniej niemiecki rząd nie oferował nagrody na taką skalę w podobnych okolicznościach. W kręgach rządowych nie kryje się, że wysoka kwota nagrody jest dowodem na całkowity brak skutecznych tropów.
Trudno o bardziej dobitny obraz państwowej bezradności. W kraju, który lubi pouczać innych w kwestii bezpieczeństwa i praworządności, niewielka grupa ekstremistów była w stanie wywołać wielodniowy kryzys, a odpowiedzią instytucji państwa okazał się publiczny apel i milion euro „za informacje”. To nie demonstracja siły – to przyznanie się do porażki.
źr. wPolsce24 za dw.com











