Urodziła gromadkę dzieci i dba o męża. Dla niemieckich mediów stała się „zagrożeniem”

Wydawać by się mogło, że w świecie rzekomo opartym na tolerancji i „wolności wyboru”, każda kobieta ma prawo decydować o własnej drodze życiowej. Jeśli jednak tą drogą jest małżeństwo, posiadanie licznego potomstwa i dbanie o domowe ciepło, w lewicowych redakcjach za Odrą włącza się natychmiastowy alarm.
Opresja czy normalność?
Niemiecka prasa z niepokojem przygląda się rosnącej w sieci popularności Hannah Neeleman – byłej baletnicy, a obecnie matki gromadki dzieci, która wraz z mężem prowadzi tradycyjne gospodarstwo rolne w Utah. Jej materiały w mediach społecznościowych, pokazujące codzienne życie: pieczenie chleba, opiekę nad dziećmi i pracę na farmie, śledzą miliony ludzi na całym świecie. Sukces ten kłuje w oczy ideologów nowoczesności.
W analizach „Süddeutsche Zeitung” i innych zachodnich mediów próżno szukać szacunku dla tradycyjnego podziału ról. Zamiast tego pojawia się doskonale znana retoryka: tradycyjna żona i matka ma być rzekomo „ofiarą patriarchatu”, a sam powrót do naturalnego modelu rodziny przedstawiany jest niemal jako polityczne zagrożenie lub radykalizm. Dla autorów hołdujących ideologii gender fakt, że kobieta może czerpać spełnienie z macierzyństwa i stworzenia bezpiecznego domu dla swojej rodziny, jest nie do pojęcia.
Wolność wyboru, ale tylko jedna
Sprawa ta obnaża głęboką hipokryzję współczesnego feminizmu. Przez dekady wmawiano społeczeństwom, że emancypacja polega na prawie do samostanowienia. Dziś okazuje się, że samostanowienie jest akceptowane wyłącznie wtedy, gdy kobieta wybiera etat w korporacji, rezygnację z potomstwa i odrzucenie tradycyjnych ról. Gdy natomiast decyduje się postawić na pierwszym miejscu męża, dzieci i dom, liberalne salony diagnozują to jako „zniewolenie”.
Zjawisko renesansu tradycyjnych wartości – obserwowane szczególnie wśród młodszego pokolenia zmęczonego chaosem współczesnej kultury – wywołuje na Zachodzie panikę. Niemieccy komentatorzy zdają się nie rozumieć, że miliony kobiet nie potrzebują instrukcji z berlińskich czy monachijskich redakcji, by wiedzieć, co daje im szczęście. Normalność, rodzina i szacunek dla naturalnego porządku okazują się dla wielu o wiele bardziej pociągające niż chłodny, zindywidualizowany świat lewicowych teorii.
źr. wPolsce24 za "Süddeutsche Zeitung”









