Tłusty Czwartek, czyli narodowe święto lukru i bezmyślności

Tradycja bez treści
Oczywiście, ktoś powie: „To nasza tradycja”. Tyle że tradycja wyrwana z kontekstu przestaje być tradycją, a staje się pustym gestem. Tłusty Czwartek miał sens jako ostatni moment obfitości przed Wielkim Postem – okresem realnego wyrzeczenia, refleksji i dyscypliny. Był symbolicznym domknięciem karnawału, wejściem w czas umiaru.
Dziś? Wielki Post dla wielu „wierzących inaczej” w ogóle się nie liczy. Nie ma postu, nie ma wyrzeczenia, nie ma żadnej zmiany stylu życia. Jest za to teatralne obżarstwo w czwartek, a w piątek powrót do tej samej, konsumpcyjnej rutyny. Bez sensu. Bez ciągłości. Bez powagi.
To tak, jakby świętować zakończenie maratonu, którego nigdy się nie pobiegło.
Jeżeli ktoś nie zamierza podjąć postu – czy to w wymiarze religijnym, czy choćby osobistej pracy nad sobą – Tłusty Czwartek staje się czystą farsą. Parodią dawnego obyczaju. Plastikową dekoracją przyklejoną do świata, który już dawno zapomniał, po co ona była.
Narodowa orgia cukru
Zamiast refleksji mamy marketing. Zamiast symboliki – promocję „12 w cenie 10”. Media prześcigają się w liczeniu „ile pączków zjadł przeciętny Polak”, jakby była to kategoria dumy narodowej. Firmy traktują dzień jak obowiązkowy event integracyjny, a pracownicy – jak przedszkolną zabawę z lukrem na twarzy.
To nie jest folklor. To jest korporacyjny rytuał konsumpcji.
W kraju, w którym tak często mówi się o kryzysie wartości, upadku powagi życia publicznego i braku autorytetów, trudno nie zauważyć, jak łatwo mobilizujemy się do zbiorowego obżarstwa. Kolejki do cukierni są dłuższe niż do kardiologa na NFZ. I to powinno dawać do myślenia.
Infantylizacja dorosłych
Najbardziej uderzające jest jednak coś innego – skala infantylizacji. Poważni ludzie, menedżerowie, urzędnicy, nauczyciele, zachowują się jak dzieci czekające na słodycze w nagrodę. W mediach społecznościowych zdjęcia pączków urastają do rangi niemal patriotycznego obowiązku. Do tego dochodzą politycy, którzy pozując z pączkami próbują pokazać jacy to oni nie są fajni i zabawni. Premier z kartonem łakoci biegający po samolocie, to tylko jeden z licznych przykładów.
Czy naprawdę nasza wspólnotowość musi opierać się na cukrze i tłuszczu? Czy jedyną formą integracji jest wspólne podnoszenie poziomu glukozy we krwi?
Kultura, która redukuje świętowanie do kalorii, sama wystawia sobie świadectwo.
Zdrowie? Nieważne, ważny lukier
W kraju z rosnącą liczbą osób z nadwagą, otyłością, cukrzycą typu 2 i chorobami sercowo-naczyniowymi, masowe promowanie jednorazowej „legalnej” orgii cukru brzmi jak ponury żart. Pączek to nie symbol metafizyczny – to bomba kaloryczna: cukier, utwardzone tłuszcze, często niskiej jakości składniki.
Dla osób z insulinoopornością, cukrzycą, problemami lipidowymi czy nadciśnieniem taki „niewinny” rytuał nie jest niewinny. To realne obciążenie organizmu. Ale kto by się przejmował? Przecież „raz w roku można”.
Tyle że to „raz w roku” idealnie wpisuje się w szerszy model życia bez umiaru – a potem w zdziwienie, że organizm w pewnym momencie mówi „dość”.
Bez umiaru, bez sensu
Największym problemem Tłustego Czwartku nie jest pączek sam w sobie. Problemem jest to, że stał się symbolem czegoś większego: życia bez dyscypliny, bez kontekstu, bez głębszej treści. Konsumpcji dla samej konsumpcji. Cieszy to głównie zarabiające na tym korporacje.
Jeśli ktoś potrafi przeżyć ten dzień w ramach realnej tradycji – jako świadome wejście w czas postu, ograniczenia, pracy nad sobą – trudno mieć pretensje. Ale masowe, bezrefleksyjne świętowanie „bo tak się robi” jest po prostu kolejnym dowodem, że forma całkowicie pożarła treść.
Może więc zamiast pytać, ile pączków „wypada” zjeść, warto zapytać, czego właściwie nam dziś brakuje, że tak kurczowo trzymamy się lukru jako substytutu wspólnoty.
Bo jeśli jedynym, co nas łączy, jest smażone ciasto z nadzieniem, to naprawdę nie mamy się czym chwalić.
źr. wPolsce24











