Co za błazenada. W takich tanich zagrywkach Tusk odnajduje się najlepiej. Nie wie, jakie to żenujące?
Przed wylotem do Brukseli premier Donald Tusk, już na pokładzie samolotu, postanowił poczęstować współpasażerów pączkami. Nie byłoby w tym może i nic złego, gdyby nie fakt, że szef rządu zrobił to w swoim stylu, z miłego gestu robiąc PR-ową zagrywkę pod publiczkę. Czy tak powinien zachowywać się premier 38 milionowego kraju?
Tusk, rozdając pączki zgromadzonym (w tym obsłudze lub dziennikarzom), żartował ze świeżości dostawy, mówiąc: „Nie pytacie, skąd z samego rana udało się załatwić”. Następnie wyliczał pozostałe sztuki, zaznaczając: „Pięć mi zostało. Ktoś będzie chciał dokładkę, to nie ma mowy”.
Ta inscenizowana od początku do końca scena, tak pełna sztuczności miała w założeniu ocieplić wizerunek szefa rządu. Jak wyszło, przekonajcie się sami. Nas zemdliło, jak po piątym pączku i przypomniało o legendarnej już wśród internautów ocenie kolejowych kotlecików przez Ewę Kopacz.
źr. wPolsce24











