Absurdalne tezy lobbystów z branży alkoholowej. Bez nich upadnie sport i kultura?

Festiwal absurdów w Sejmie: od ratowania demografii po „zagładę miast”
Dyskusje w parlamencie i w mediach wokół nowelizacji ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi obnażyły skalę desperacji lobby browarniczego. O ile powoływanie się na rzekome łamanie unijnego prawa czy wolności gospodarczej szybko okazało się chybione (prawo unijne w pełni pozwala krajom chronić zdrowie publiczne), o tyle w kuluarach i na komisjach padły argumenty ocierające się o groteskę.
Wśród opowieści roztaczanych przez obrońców status quo pojawiały się absurdalne tezy o tym, że alkohol:
-
Buduje więzi społeczne i w ten sposób rzekomo… zapobiega kryzysowi demograficznemu,
-
Ma dobroczynny wpływ na zdrowie konsumentów,
-
Chroni rolnictwo, ratując przed zmarnowaniem „zalegające tony ziemniaków”,
-
Jest fundamentem kultury narodowej, a ograniczenie jego promocji doprowadzi do upadku całych ośrodków miejskich, takich jak Tychy czy Żywiec.
Kiedy te kuriozalne tezy nie znalazły posłuchu, wyciągnięto najcięższe działo: „Zabijecie polski sport i rozrywkę!”.
Sponsoring to nie mecenat z dobrego serca. To chłodny zakup uwagi
W narracji koncernów browary jawią się niemal jak dobroduszni mecenasi renesansu, bezinteresownie sypiący groszem na stadiony i festiwale muzyczne. Prawda jest znacznie bardziej prozaiczna: sponsoring to twardy biznes, a nie filantropia.
Kluby i organizatorzy wydarzeń sprzedają uwagę kibiców oraz uczestników koncertów, a korporacje tę uwagę bezwzględnie kupują. Chodzi o zjawisko tzw. „oswajania marki”: piwo przestaje być w percepcji odbiorcy groźną, uzależniającą substancją psychoaktywną, a staje się synonimem relaksu, przyjaźni, pasji, zdrowej rywalizacji i sportowego sukcesu.
Zakaz ekspozycji logo nie oznacza zakazu przelewania pieniędzy na rzecz sportu, pozbawia go jedynie marketingowej korzyści, przez co branża traci biznesowy powód do podpisywania umów.
Mit zagłady: zobaczmy, co stało się we Francji i na Litwie
Koronnym dowodem na absurdalność twierdzenia, że sport bez alkoholu zginie, są doświadczenia międzynarodowe. Polska nie wyważa otwartych drzwi:
-
Francja: Już na początku lat 90. przyjęła rygorystyczne przepisy (słynna Loi Évin), zakazując reklamy i sponsoringu sportowego przez marki alkoholowe. Czy francuski sport przestał istnieć? W 2016 roku Francja zorganizowała wielkie piłkarskie mistrzostwa Europy, jej kluby należą do europejskiej czołówki, a paryskie igrzyska olimpijskie w 2024 roku zachwyciły cały świat.
-
Litwa: W 2018 roku wprowadziła jeden z najostrzejszych zakazów reklamy w Europie. Mimo czarnych scenariuszy koszykówka – litewski sport narodowy – ma się znakomicie.
-
Norwegia i Islandia: Rygorystyczny zakaz obecności marek alkoholowych na koszulkach i stadionach obowiązuje tam od lat, a kraje te regularnie brylują w rankingach sukcesów sportowych oraz powszechnej aktywności fizycznej mieszkańców.
Rzeczywistość pokazuje, że miejsce wycofujących się browarów szybko zajmują inne branże: sektor technologiczny, finansowy, motoryzacyjny czy e-commerce.
Rachunek bez litości: 100 milionów kontra 93 miliardy złotych
Głównym orężem przeciwników zmian jest kwota ok. 100 milionów złotych rocznie, którą browary wprowadzają na rynek sponsoringu sportowego oraz do Funduszu Zajęć Sportowych dla Uczniów. Choć dla mniejszych klubów to odczuwalne pieniądze, warto zestawić tę sumę z kosztami, które ponosi całe społeczeństwo.
Według szacunków Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom (KCPU), roczne koszty społeczno-ekonomiczne spożywania alkoholu w Polsce sięgają ponad 93 miliardów złotych. Składają się na to m.in.:
-
obciążenia systemu ochrony zdrowia (hospitalizacje, leczenie chorób przewlekłych i urazów powypadkowych),
-
interwencje policji i praca wymiaru sprawiedliwości,
-
wypłaty zasiłków i pomoc społeczna,
-
absencja w pracy, wypadki przy pracy oraz spadek produktywności gospodarki.
Mamy tu do czynienia z klasycznym zjawiskiem prywatyzacji zysków i uspołeczniania kosztów. Zyski ze sprzedaży piwa, marża i budowa wizerunku trafiają do kieszeni udziałowców koncernów.
Rachunek za leczenie skutków uzależnień, zniszczone zdrowie i interwencje karetek płacą wszyscy podatnicy w składkach NFZ. Wydatek 100 mln zł na marketing sportowy to zaledwie ułamek promila kwoty, jaką państwo wydaje na gaszenie pożarów wywołanych nadużywaniem alkoholu.
Sport ma promować zdrowie, a nie używki
Argument, że bez pieniędzy z piwa polskie stadiony zamilkną, a festiwale znikną z mapy kulturalnej, jest obliczony wyłącznie na wywołanie paniki. Zabezpieczenie finansowania sportu dzieci i młodzieży (np. poprzez przesunięcia z opłaty od tzw. małpek czy środków Funduszu Zdrowia Publicznego) to kwestia sprawnej polityki państwa.
Sport z definicji uosabia witalność, zdrowy tryb życia i przekraczanie własnych granic. Zmuszanie go do roli słupa ogłoszeniowego dla branży, która w zamian za kroplówkę finansową żąda prawa do promowania swoich produktów wśród milionów kibiców, jest paradoksem, z którym pora skończyć.
źr. wPolsce24 za DGP











