Mężczyzna z zawałem dobijał się do izby przyjęć. Nikt mu nie otworzył. Szokujące tłumaczenia pielęgniarek

Szokujący incydent, który jako pierwszy opisało Radio Zet, miał miejsce w nocy z 15 na 16 lipca w Lublinie.
41-letniego mężczyznę obudziły dreszcze i niepokój, nie mógł złapać oddechu, ściskało go w klatce piersiowej. Jego żona chciała początkowo dzwonić na numer 112, ale małżeństwo stwierdziło, że samo szybciej dotrze do szpitala.
Nikt im nie otworzył
Pojechali do szpitala przy ul. Herberta, w którym znajduje się całodobowa izba przyjęć. Dotarli na miejsce kilka minut po 3 w nocy. Na drzwiach wisiała kartka, że po godz. 22 należy dzwonić dzwonkiem. Dzwonili pięć minut, ale nikt im nie otworzył.
W końcu zdesperowana kobieta wezwała pogotowie. Karetka zabrała jej męża do oddalonego o ok. pięć kilometrów szpitala MSWiA przy ul. Grenadierów. Tam okazało się, że mężczyzna ma ostry zawał serca. Lekarze przeprowadzili zabieg koronografii. Powiedzieli mu, że przeżył cudem, a ratunek przyszedł w ostatniej chwili. Ze szpitala wypisano go po tygodniu.
Pielęgniarki twierdzą, że nie słyszały dzwonka
Dr n.med. Małgorzata Piasecka, zastępca dyrektora ds. lecznictwa w tym szpitalu, poinformowała, że zgodnie z procedurą pielęgniarki, słysząc dzwonek, mają otworzyć drzwi i wezwać lekarza dyżurnego. Dwie pielęgniarki, które miały tej nocy dyżur, twierdziły, że nie słyszały dzwonka. - Nie przyjęliśmy tych wyjaśnień. Zdecydowanie nie akceptujemy takiego zachowania – podkreśliła. Dodała, że dzwonek został sprawdzony i był sprawny.
Wobec obu pielęgniarek wszczęto postępowanie dyscyplinarne. Do czasu jego zakończenia odsunięto je od pracy na izbie przyjęć i z nocnych dyżurów. Pracują na innych oddziałach pod nadzorem pielęgniarek oddziałowych. Władze szpitala sprawdziły też, czy do takich incydentów nie dochodziło w przeszłości. Wynika z niego, że to był pierwszy raz.
Sprawę bada prokuratura
To nie koniec kłopotów pielęgniarek. Marcin Kozak, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie, poinformował, że wszczęto w tej sprawie śledztwo. Obecnie trwają wstępne czynności – przesłuchanie pokrzywdzonego, zebranie dokumentacji medycznej i ustalenie, czy szpital jest monitoringiem.
Na razie nikt nie usłyszał zarzutów, ale śledztwo jest prowadzone w kierunku nieudzielenia pomocy pacjentowi w stanie zagrażającym życiu, za co grozi od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia. Rzecznik dodał, że zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa złożyły władze szpitala, a nie pokrzywdzony.
źr. wPolsce24 za TVN24









