Gigantyczna afera w Niemczech. Pół miliarda euro kary za jedno kliknięcie ministra

Przez lata wmawiano nam, że niemiecka administracja to wzór efektywności, a tamtejsi urzędnicy działają z precyzją szwajcarskiego zegarka. Rzeczywistość okazuje się jednak zgoła odmienna. Za naszą zachodnią granicą pękają kolejne bańki mydlane, obnażając potężny chaos, arogancję władzy i marnotrawstwo publicznych pieniędzy na niespotykaną skalę.
Przed Sądem Krajowym w Bonn (Landgericht Bonn) ruszył proces, który doskonale obrazuje, jak w praktyce wyglądało rzekomo „profesjonalne” zarządzanie kryzysowe w wykonaniu rządu w Berlinie. Hamburska firma tekstylna Pure Fashion Agency domaga się od rządu federalnego astronomicznej kwoty – 464 milionów euro (w tym 287 milionów euro należności głównej oraz narosłe odsetki).
Chodzi o dostawę masek ochronnych z pierwszej fali pandemii COVID-19 w marcu 2020 roku. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego – w końcu w tamtym okresie wiele państw chaotycznie kontraktowało środki ochrony – gdyby nie fakt, jak ówczesny minister zdrowia z ramienia CDU, Jens Spahn, zawierał wielomilionowe umowy.
Państwo z dykty i... e-maili
W przeciwieństwie do innych toczących się postępowań, gdzie Berlin odmawiał przyjęcia wadliwego towaru, sprawa Pure Fashion Agency dotyczy fundamentalnej kwestii: czy w Niemczech minister może zaciągnąć gigantyczne zobowiązanie finansowe za pomocą kilku kliknięć w telefonie, bez formalnych umów i procedur.
Firma tekstylna dysponuje twardymi dowodami w postaci wiadomości e-mail wysyłanych bezpośrednio przez Spahna. Óczesny szef resortu zdrowia pisał w nich bez ogródek, że chce „już dziś prawnie wiążąco odblokować transakcję” (niem. heute rechtlich verbindlich einlocken) oraz że potrzebuje „tego towaru w sposób prawnie wiążący”. Gdy przyszło do płacenia, niemieckie ministerstwo nagle zaczęło udawać, że żadnego kontraktu nie było, a rzecznik polityka CDU kwituje dziś sprawę jako „spekulatywne domysły”.
To porażający obraz funkcjonowania państwa, które tak chętnie poucza całą Europę o praworządności i procedurach. Okazuje się, że w krytycznym momencie niemiecki minister zarządzał publicznym budżetem jak prywatnym folwarkiem, wysyłając niezobowiązujące wiadomości, które dziś mogą kosztować budżet państwa blisko 500 milionów euro.
Elity się bawią, obywatele zaciskają pasa
Sprawa maseczkowych długów Spahna uderza wizerunkowo w niemiecką klasę polityczną w najgorszym możliwym momencie. Podczas gdy z szaf Berlina wypadają kolejne pandemiczne trupy, niemiecka gospodarka od niemal pięciu lat znajduje się w głębokiej stagnacji.
Napięcia społeczne za naszą zachodnią granicą sięgają zenitu. Koalicja rządowa (w skład której wchodzi obecna CDU oraz SPD) gorączkowo szuka oszczędności, planując bolesne cięcia w systemie emerytalnym, opiece zdrowotnej i społecznej. Liderzy związków zawodowych grzmią, że forsowane przez Berlin reformy stłumią resztki popytu wewnętrznego i uderzą w najuboższych.
Sytuacja jest tak napięta, że deputowani Bundestagu – w obawie przed gniewem społecznym – musieli w pośpiechu zrezygnować z automatycznej podwyżki swoich uposażeń (tzw. Diäten), która miała wynieść blisko 500 euro miesięcznie.
Niemiecki podatnik dowiaduje się więc równolegle dwóch rzeczy: po pierwsze, że w budżecie brakuje pieniędzy na podstawowe świadczenia i stabilizację systemu emerytalnego. Po drugie – że z powodu niefrasobliwości prominentnego polityka, Berlin być może będzie musiał lekką ręką przelać pół miliarda euro na konto hamburskiej firmy za maski, których nikt dzisiaj nie potrzebuje.
Lekcja dla Polski
Niemiecki kryzys instytucjonalny i gospodarczy to jasny sygnał dla Warszawy. Mit o nieomylności Berlina i nienagannym „ordnungu” ostatecznie legł w gruzach. Państwo, które nie potrafi upilnować własnego ministra przed wysyłaniem kosztownych maili, a jednocześnie od lat boryka się z niedofinansowaniem własnej armii i brakiem części zamiennych do czołgów (co potwierdzają wewnętrzne raporty Bundeswehry), traci jakikolwiek moralny i merytoryczny mandat do bycia „liderem” czy mentorem w Europie.
Czas, aby polska klasa polityczna przestała z nabożnym podziwem spoglądać na Berlin. Niemiecka machina urzędnicza jest tak samo dziurawa i podatna na patologie jak każda inna – z tą różnicą, że tamtejsza arogancja kosztuje podatników znacznie więcej.
źr. wPolsce24 za "FAZ"











