Czeka nas powtórka z III Rzeszy? Niemcy znów chcą mieć najpotężniejszą armię w Europie

Niedawny artykuł w „Süddeutsche Zeitung” odsłania kulisy nowej strategii obronnej Niemiec. Berlin, zasłaniając się rzekomą koniecznością obrony przed zagrożeniem z Moskwy, forsuje plan bezprecedensowej remilitaryzacji. Oficjalna narracja jest gładka i poprawna politycznie: chodzi o pokój, stabilność i partnerstwo w ramach Trójkąta Weimarskiego. Kanclerz Friedrich Merz podróżuje do Paryża i Warszawy, uśmiecha się do kamer i zapewnia, że silne Niemcy to bezpieczna Europa.
Jak jednak zauważa sam niemiecki dziennik, te imperialne wręcz ambicje zaczynają budzić realny niepokój – i to nie tylko u konserwatywnych komentatorów nad Wisłą, ale nawet w Paryżu. Francuzi i Polacy zaczynają zdawać sobie sprawę, że pod płaszczykiem europejskiej solidarności Berlin buduje narzędzie do trwałej, militarnej i politycznej dominacji na kontynencie.
Mit „bezpiecznej” potęgi na Zachodzie
Polscy euroentuzjaści i politycy obecnego obozu władzy z zachwytem przyjmują deklaracje Berlina o wydatkach rzędu 3,5, a nawet 5 procent PKB na obronność i rozbudowę infrastruktury przystosowanej do ciężkiego sprzętu wojskowego. Wmawiają nam, że dzisiejsze Niemcy to „demokratyczny partner”, na którym możemy polegać.
To skrajna naiwność. Geopolityka nie zna pojęcia sentymentów ani wiecznej przyjaźni, szczególnie wśród sąsiądów. Państwa realizują swoje interesy, a potencjał militarny zawsze idzie w parze z dyktatem politycznym. Niemcy już teraz bezwzględnie dominują w Europie gospodarczo, narzucając mniejszym krajom zabójczą politykę klimatyczną i centralizację Unii Europejskiej. Gdy do tej dominacji dojdzie najsilniejsza konwencjonalna armia na kontynencie, Berlin zyska ostateczny argument w każdej dyskusji. Nasza suwerenność stanie się wówczas fikcją, a Warszawa będzie musiała pytać o zgodę niemieckich generałów i komisarzy w każdej kluczowej sprawie.
Czym dla Polski kończyła się militaryzacja Niemiec?
Warto w tym miejscu odświeżyć pamięć tym, którzy cierpią na historyczną amnezję. Niemiecki militaryzm ma swoje stałe, niezmienne od wieków mechanizmy.
Przypomnijmy wiek XVIII i reformy Fryderyka Wilhelma I, zwanego „Królem-Sierżantem”, który stworzył pruską machinę wojenną. Te rzekomo „obronne” i „nowoczesne” reformy jego syn, Fryderyk II, wykorzystał do napaści na sąsiadów, co w konsekwencji doprowadziło do wymazania Rzeczypospolitej z mapy świata w drodze rozbiorów.
Przypomnijmy wiek XIX i Ottona von Bismarcka, który „krwią i żelazem” jednoczył Niemcy, budując potęgę Cesarstwa. Ceną za ten niemiecki sen była brutalna germanizacja, rugi pruskie i niszczenie polskości na ziemiach zaboru pruskiego. Militarnego molocha nie dało się zatrzymać – jego imperialny apetyt doprowadził wprost do rzezi I wojny światowej.
Wreszcie przypomnijmy najstraszniejszą lekcję: lata 30. XX wieku. Gdy Adolf Hitler ogłaszał remilitaryzację Nadrenii i odrzucał ograniczenia traktatu wersalskiego, zachodnia Europa również milczała, licząc na to, że potężna niemiecka armia będzie barierą chroniącą przed bolszewicką Rosją. Jak skończyło się to „odstraszanie Moskwy” przez silny Berlin? Paktem Ribbentrop-Mołotow, IV rozbiorem Polski, milionami ofiar, zrównaną z ziemią Warszawą i dekadami sowieckiej okupacji. Niemcy i Rosja, bez względu na panujące w nich systemy, zawsze w krytycznym momencie potrafiły porozumieć się ponad naszymi głowami.
Architektura bezpieczeństwa pod dyktando Berlina
Nowa niemiecka strategia nie jest pisana z myślą o bezpieczeństwie Polski. Jest pisana z myślą o interesach Niemiec. Jeśli Berlin stanie się militarnym hegemonem Europy, Amerykanie zyskają idealny pretekst, by wycofać swoje siły z kontynentu, przekazując odpowiedzialność za „wschodnią flankę” w ręce rządu federalnego. Dla Warszawy to scenariusz katastrofalny. Zamiast twardych gwarancji Waszyngtonu, zostaniemy skazani na łaskę i niełaskę Berlina – tego samego Berlina, który przez lata budował Nord Stream, uzależniał Europę od rosyjskich surowców, a w obliczu wojny na Ukrainie kluczył, zwlekał z pomocą i kalkulował, jak najszybciej wrócić do robienia interesów z Putinem.
Niemiecka armia jako „najsilniejsza w Europie” to nie gwarancja pokoju, ale zarzewie nowego koncertu mocarstw, w którym głos Polski przestanie się liczyć. Zamiast ślepo klaskać kanclerzowi Merzowi i jego ministrom, polskie władze powinny wyciągnąć wnioski z historii. Bezpieczeństwo Polski musi opierać się na własnej, silnej armii, rozwoju własnego przemysłu zbrojeniowego i niezależnym sojuszu z USA – a nie na złudnej nadziei, że gąsienice nowych niemieckich czołgów tym razem będą służyć naszej wolności. Historia uczy, że na niemieckim militaryzmie Polska zawsze wychodziła pokonana i okradziona. Nie pozwólmy, by ten scenariusz napisał się na nowo.
źr. wPolsce24 za „Süddeutsche Zeitung”











