Współczesny Dyzma? "Najmłodszy czarnoskóry profesor" zrezygnował po zarzutach o plagiat i kłamstwa

Z tego tekstu dowiesz się:
Arday urodził się w Londynie, w rodzinie imigrantów z Ghany. Twierdzi, że gdy był dzieckiem, zdiagnozowano u niego autyzm, opóźnienie w rozwoju i dysleksję. Miał zacząć mówić dopiero w wieku 11 lat, a pisać i czytać nauczył się jako 18-latek. Mimo tych przeciwności udało mu się zdobyć wykształcenie i zrobić doktorat z pedagogiki. Nie przeszkodził mu w tym nawet fakt, że musiał nauczyć się swojej pracy ponownie, bo niedługo przed obroną usunięto mu guza mózgu, co spowodowało znaczą utratę pamięci.
Stał się prawdziwym celebrytą
Zrobiło się o nim głośno w 2023 roku, kiedy Uniwersytet Cambridge, jedna z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie, zatrudniła go na stanowisku profesora socjologii w edukacji. Uczelnia mocno promowała ten fakt, podkreślając, że jest najmłodszym czarnoskórym profesorem w jej historii.
Niezwykła historia człowieka, który nauczył się czytać i pisać już jako dorosły, a mimo tego został profesorem prestiżowej uczelni, zainteresowała bardzo światowe media. Dziennikarze rozpisywali się nie tylko o jego sukcesach akademickich, ale także o sukcesach sportowych – Arday jest biegaczem – i jego działalności charytatywnej. Niedawno podpisał też umowę z wydawnictwem Simon&Schuster na publikację jego wspomnień.
Popełnił plagiat?
Pierwsze rysy na tym wizerunku pojawiły się w zeszłym miesiącu, gdy jego pracy doktorskiej postanowił się przyjrzeć amerykański badacz Nathan Cofnas. Przepuścił tę pracę przez program do wykrywania plagiatów i twierdzi, że wiele jej fragmentów zostało skopiowanych z minimalnymi zmianami z prac innych naukowców, miały po tym nawet zostać typowe dla kopiowania błędy. Sam Cofnas też w przeszłości pracował dla Cambridge, ale zwolniono go, bo powiedział, że w prawdziwej merytokracji czarnoskórzy zniknęliby z wszystkich wysokich stanowisk poza sportem i rozrywką.
Cambridge początkowo stwierdził, że te oskarżenia są bezpodstawne i są częścią nikczemnej kampanii mającej podważyć jego wiarygodność. Uczelnia dodała, że Uniwersytet Johna Mooresa w Liverpoolu, na którym obronił pracę doktorską, sprawdził je i uznał, że nie doszło do plagiatu.
Jego sprawa wywołała szeroką dyskusję. Początkowo wpadła w klasyczne ramy wojny kulturowej. Jedna strona twierdziła, że zrobił taką imponującą karierę tylko i wyłącznie dlatego, że jest czarnoskóry, a uczelnia chciała się popisać jaka jest postępowa. Jego zwolennicy twierdzili za to, że jest atakowany tylko i wyłącznie dlatego, że jest czarnoskórym mężczyzną, który robi karierę w polu zdominowanym przez białych.
Teraz jednak ta dyskusja przybiera inne tony. Stało się tak, bo media nie odpuściły tematu – i dziennikarze, z redakcji o mocno różnych sympatiach politycznych, odkrywają kolejne wątpliwości. Nie tylko dotyczące jego kariery akademickiej, ale także życiorysu i wypowiedzi.
Ten sam cytat, różne osoby
Jak donosi dziennik The Times, jeden z akademików – poprosił o zachowanie anonimowości – zaczął czytać jego prace naukowe, bo oskarżenia pod jego adresem padły z nieprzyjemnego źródła i podejrzewał, że padł on ofiarą rasistowskiej nagonki. Gdy jednak zaczął je czytać, sam zauważył coś, co jego zdaniem jest większym problemem – dowody na to, że fabrykował swoje badania. Im bliżej się przyglądałem, tym więcej problemów odkryłem -powiedział dziennikowi.
Akademik zwrócił uwagę na znajdujące się w jego pracach naukowych cytaty, które rzekomo miały pochodzić od uczestników badań, z którymi miał rozmawiać. Zauważył na przykład, że w jednej pracy zacytował akademika z Ameryki Łacińskiej, ale w innej pracy, opublikowanej trzy lata wcześniej, dokładnie te same słowa miała wygłosić azjatycka studentka. W innym wypadku podczas prezentacji pracy, która miała być wkrótce opublikowana, cytował uczestnika badań, który miał popełnić samobójstwo. W samej pracy te same słowa przypisano akademikowi mieszanej rasy, ale nie było już słowa, że odebrał sobie życie.
Dziennik dowiedział się także, że swoje pierwsze badanie w temacie zdrowia psychicznego i rasy na uniwersytetach, które opublikował w 2018 roku, musiał wycofać i opublikować ponownie po znaczących korekcjach. Jego nowa analiza pokazała, że wiele wypowiedzi rzekomych uczestników jego badań bardzo przypomina, treścią lub strukturą, cytaty z prac cenionego epidemiologa Anjuma Memona i jego ekipy. Jego zdaniem, zamiast się na nie po prostu otwarcie powołać, przerobił je na fikcyjne cytaty.
110%
Akademik odkrył także, że Arday miał problemy z podstawową matematyką. W jednym badaniu stwierdził, że rozmawiał z 17 uczestnikami – ale później opisał rasy, płcie i zawody 18 osób. W innym cytuje czterech akademików, ale twierdzi, że rozmawiał z trzema. W innym zacytował uczestnika badań nr 21, choć w tym badaniu brało udział tylko 17 czy 18 osób. W jeszcze innym opisał uczestnika nr 13 jako azjatycką kobietę, ale dwa akapity dalej stała się już czarnoskóra. Innym razem napisał, że wśród uczestników badań było 78% kobiet i 32% mężczyzn – co daje łącznie 110%.
Sześciu akademików, z którymi rozmawiał The Times, stwierdziło, że te odkrycia mogą świadczyć, że fabrykował swoje badania, a dwóch kolejnych go o to oskarżyło. Robert Dingwall, emerytowany profesor socjologii i były redaktor dwóch międzynarodowych periodyków naukowych powiedział, że wyłaniający się z tej analizy obraz jest dla niego mocno niekorzystny, nawet jeśli niektóre przykłady mają bardziej niewinne wyjaśnienia, jak nieuwaga czy zwykły przypadek.
Sam Arday twierdzi, że być może popełniał w swoich pracach błędy, ale na pewno nie fabrykował badań. Obwinił o te błędy swój autyzm i stwierdził, że podobne można znaleźć w pracach innych naukowców. W środę Uniwersytet Cambridge poinformował jednak, że rozpoczął w jego sprawie śledztwo w świetle nowych informacji. Dodał, że wpłynął szereg skarg na naruszenia akademickie, które również są sprawdzane. Będący jego częścią Jesus College, gdzie pracował, rozpoczął własne śledztwo. Jego rezygnacja ich nie przerwała.
Kłamał o swoim życiu
To jednak nie koniec. Wątpliwości pojawiły się także co do jego życiorysu. W 2022 roku stwierdził na przykład, że był uczestnikiem słynnego serialu dokumentalnego „Seven Up!”, którego twórcy przyglądali się rozwojowi dzieci z różnych środowisk. Nie mógł w nim wystąpić, bo ten dokument miał swoją premierę długo przed tym, nim się urodził.
Cofnas miał także wątpliwości co do tego, czy faktycznie przebiegł 30 maratonów w 35 dni oraz 480 km w trzy dni, zbierając w ten sposób ponad 5 mln funtów na działalność charytatywną. Kwestionuje także historię o tym, że przebiegł 965 km w 6 dni na bieżni elektrycznej. W rozmowie z Guardianem Arday przyznał, że te pieniądze zostały w rzeczywistości zebrane w 20 lat i z pomocą innych, ale nie może zdradzić tożsamości pomocników z powodu umów, które z nimi podpisał. Ujawnił także, że te 965 km na bieżni miał przebiec nie w 6, a w 12 dni. Twierdzi jednak, że inne rekordy, którymi się chwalił, są prawdziwe.
Dziennik The Telegraph zauważył także, że Arday wielokrotnie chwalił się napisaniem książki. Miała mieć tytuł „Będąc młodym, czarnoskórym i mężczyzną: rzucanie wyzwania dominującemu dyskursowi”. Wspominał o niej w bibliografiach swoich prac i w materiałach promujących jego publiczne wykłady. Książkę miało wydać wydawnictwo Palgrave Macmillan, ale dziennikarzom nie udało się znaleźć jakiegokolwiek dowodu na to, że faktycznie została wydana. Nie wiadomo na razie, czy dołączył ją do spisu swoich prac, który musiał przedstawić starając się o stanowisko profesora.
Dostał rekordowe honorarium?
Jego kolejna książka, będąca tomem jego wspomnień, jest już prawdziwa, wyda ją wkrótce wydawnictwo Simon&Schuster. Ona jednak także budzi kontrowersje. Arday twierdził, że wydawnictwo zapłaciło mu za prawa do niej aż 1,4 mln – nie wyjaśnił czy dolarów, czy funtów. To wzbudziło podejrzenia lewicowego dziennika Guardian. Jego źródła na rynku wydawniczym twierdzą, że to bardzo wysoka kwota i byłaby realistyczna jedynie, gdyby amerykański i brytyjski oddział tego wydawnictwa złożył się na nią i kupił ekskluzywne prawa do wydania jej na całym świecie. Jeden wydawca powiedział, że to „całkiem szalony numer”, ale takie szaleństwo czasami się zdarza i nie da się wykluczyć, że tak było i tym razem. Dodał, że przy zwykłej stawce rynkowej, 2 funty od kopii, i sprzedaży szacowanej na 5 tys. kopii powinien dostać 10 tys. funtów, a nie 1,4 mln.
Samo wydawnictwo oświadczyło, że mimo tego skandalu nie wycofa się z opublikowania tej książki, zgodnie z wcześniejszym planem będzie miała amerykańską premierę 11 sierpnia, a w brytyjskich księgarniach pojawi się 27 sierpnia. Jeden z wydawców zauważył w rozmowie z Guardianem, że jej wycofanie byłoby bardzo trudna decyzją, bo na tym etapie wydawnictwo najprawdopodobniej już ją wydrukowało, zapłaciło autorowi, a być może też zaczęło jej dostawy do księgarń.
Równocześnie dziennikarz Benjamin Ryan z portalu Washington Free Beacon opublikował zrzuty ekranu, z których wynika, że treść tej książki została zmieniona w stosunku doi pierwszego rękopisu, a najbardziej kontrowersyjne stwierdzenia – głównie o jego działalności dobroczynnej zostały znacznie złagodzone.
Twierdził, że grozili mu rasiści - ale nie ma na to dowodów
Arday nie tylko zajmuje się rasizmem naukowo, ale twierdzi także, że padł jego ofiara. Po tym, gdy został profesorem, miał dostawać wiele rasistowskich maili czy gróźb śmierci czy gwałtu. Do jego biura i domu miano również wysyłać banany, pociski czy żrące substancje. Twierdził także, że do jego biura dwukrotnie wdarł się zamaskowany mężczyzna, który miał domagać się jego rezygnacji, a za drugim razem grozić mu nożem.
Guardian przyjrzał się tym oskarżeniom. Ustalił, że w dniach, w których do jego biura miał wpaść uzbrojony intruz, monitoring nie zarejestrował nikogo takiego na terenie uczelni, a nikt nie zgłosił zauważenia kogoś podejrzanego. On także nikomu tego nie zgłosił, a mniej niż dwie godziny po drugim incydencie, co sam przyznał, wziął udział w egzaminie doktoranta.
Arday nie zrobił też żadnego zdjęcia przesyłek, które rzekomo mu wysyłano, ani nie powiedział o nich kolegom – to, że w ogóle je dostawał, potwierdza wyłącznie jego bliska rodzina. Twierdził za to, że na adres jego rodziców wysłano odcięty świński łeb. On miał otworzyć paczkę i go od razu wyrzucić. Twierdził, że zgłosił to policji kilka miesięcy po fakcie, a ta przepytała lokalnych rzeźników i ustaliła, że jeden z nich tego dnia miał sprzedać całą świnię.
Guardian też z nimi rozmawiał. Żaden z rzeźników nie przypominał sobie, żeby policjanci pytali ich o sprzedaż świńskiego łba. Jeden z nich zauważył, że gdyby taka sytuacja miała miejsce, to na pewno by to zapamiętali. Sama policja kategorycznie oświadczyła, że żadne takie śledztwo nie miało miejsca.
W oświadczeniu opublikowanym na stronie Good Law Project Arday stwierdził, że bycie profesorem Cambdridge było dla niego największym przywilejem zawodowym w życiu, ale przychodzi moment, w którym koszt osobisty staje się zbyt wielki. Dodał, że nie powinno się interpretować jego rezygnacji jako przyznania się do winy, bo podjął tę decyzję wyłącznie ze względu na dobro siebie i swojej rodziny, a w przyszłości ma zamiar wrócić.
źr. wPolsce24 za Times, New York Times, Telegraph, Guardian











