Gigantyczna afera na Ukrainie. Kufry pełne dolarów, ucieczki przed frontem i policyjno-pornobiznes

Sprawa, którą ukraińskie ochrzciły już mianem „afery pornobiurowej”, zatacza coraz szersze kręgi i uderza w same szczyty tamtejszej władzy. To potężny cios w narrację o „krystalicznie czystej i reformującej się administracji”, którą karmią nas liberalno-lewicowe media w Warszawie, Brukseli i Berlinie.
Kufry dolarów, szwajcarskie zegarki i luksusowe auta
Ukraińskie specsłużby uderzyły jednocześnie w kilku regionach kraju. Efekt? Zatrzymano szefów policji w trzech obwodach: iwanofrankowskim, tarnopolskim oraz żytomierskim. To nie byli szeregowi funkcjonariusze, ale wysocy rangą dygnitarze, którzy zamiast pilnować porządku w ogarniętym wojną państwie, stworzyli dobrze naoliwioną machinę do budowania prywatnych fortun.
Prokurator generalny Ukrainy Ruslan Krawczenko ujawnił porażające szczegóły: podczas przeszukań zabezpieczono potężne ilości gotówki w walutach obcych (głównie w dolarach), luksusowe limuzyny oraz kolekcje ekskluzywnych szwajcarskich zegarków. Wschodnia oligarchia w najczystszym, najbardziej bezczelnym wydaniu.
W jaki sposób policyjni dygnitarze dorobili się takich majątków w tak krótkim czasie? Roztoczyli parasol ochronny nad gigantyczną siecią nielegalnych „call centers”, pornograficznych studiów streamingowych oraz sex-chatów (warto przypomnieć, że produkcja i dystrybucja pornografii jest na Ukrainie surowo zabroniona przez prawo i grozi za nią do 7 lat więzienia).
Układ zamknięty: Od kierowcy ministra po komisarzy wojskowych
Śledztwo wykazuje, że pajęczyna powiązań sięgała samego Kijowa. W sprawę zamieszany jest m.in. osobisty kierowca wiceministra spraw wewnętrznych Ukrainy. To pokazuje, jak głęboko w strukturach resortów siłowych zakorzeniony był ten proceder.
Co jednak najbardziej bulwersujące z punktu widzenia walczącego narodu – w korupcyjny biznes zamieszani byli również lokalni komisarze wojskowi (odpowiedzialni za mobilizację). Okazuje się, że „pornobiurowa mafia” oferowała swoim pracownikom oraz zamożnym klientom coś więcej niż tylko zyski: azyl przed pójściem na front. Za łapówki, opłacane z brudnych pieniędzy generowanych przez internetowy seks-biznes, załatwiano dokumenty zwalniające z poboru do wojska.
Podczas gdy zwykli Ukraińcy z poczucia obowiązku wobec ojczyzny wstępowali do armii i byli wysyłani na pierwszą linię frontu, by walczyć z rosyjskim agresorem, uprzywilejowana kasta „patriotów” powiązanych z resortami siłowymi opływała w dostatki, handlując pornografią i kupując sobie nietykalność za dolary.
Czas na twarde pytania: Gdzie jest kontrola nad pomocą z Zachodu?
Szacunek należy się ukraińskim służbom, które po wnikliwym śledztwie rozbiły ten kryminalny proceder. Jednak ten obrzydliwy skandal rodzi pytania, których zachodni politycy głównego nurtu panicznie się boją. Skoro ukraiński aparat państwowy – od policji po komisarzy rekrutacyjnych – potrafi na tak masową skalę kryć wielomilionowe, nielegalne biznesy, to jaka jest pewność, że miliardy euro i dolarów płynące szerokim strumieniem z kieszeni europejskich i amerykańskich podatników trafiają tam, gdzie powinny?
„Afera pornobiurowa” to kolejny dowód na to, że problem systemowej korupcji na Ukrainie nie zniknął wraz z wybuchem wojny. Wręcz przeciwnie – dla wielu stał się on okazją do bezkarnego i bezwstydnego bogacenia się. Najwyższy czas, aby rządy państw finansujących Kijów (w tym polski rząd) przestały przymykać oko na te patologie i zaczęły bezwzględnie rozliczać każdą złotówkę i każdego dolara wysyłanego na Wschód. Pomoc dla walczących żołnierzy – tak, pomoc dla cierpiących ofiar rosyjskiej agresji - tak, ale finansowanie luksusowych zegarków i porno-biznesu skorumpowanych komisarzy – absolutnie NIE!
źr. wPolsce24 za gp.gov.ua, aktuálně.cz











