Farsa na Placu Czerwonym: Defilada słabości i grymasy osamotnionego dyktatora-mordercy

Pancerna pustka i propaganda wideo
Największym echem w zagranicznych komentarzach odbił się niemal całkowity brak nowoczesnego sprzętu ciężkiego. Plac Czerwony, który niegdyś drżał pod gąsienicami setek czołgów, tym razem świecił pustkami.
Zamiast potężnych kolumn T-90 czy systemów Armata, widzowie zobaczyli głównie oddziały piesze i kadetów. Braki w technice wojskowej – wynikające z gigantycznych strat na Ukrainie i strachu, że ukraińskie drony zaczną je niszczyć na Placu Czerwonym – próbowano tuszować wyświetlaniem propagandowych filmów, mających budować iluzję potęgi, której w rzeczywistości już nie ma.
Zełeński zadrwił z Putina
Bezprecedensowe środki bezpieczeństwa, w tym zakłócanie sygnału GPS i odcięcie internetu mobilnego w centrum Moskwy, pokazały, że „wielka Rosja” panicznie boi się ukraińskich dronów we własnej stolicy.
Co ciekawe prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełeński w opublikowanym dzień wcześniej na oficjalnej stronie prezydenta obwieszczeniu - w kpiącym tonie - łaskawie "wyraził zgodę" na defiladę, sugerując tym samym, że ukraińskie siły zbrojne nie będą jej zakłócać. Jednocześnie podał dokładne dane satelitarne lokalizacji Placu Czerwonego.
Twarz mordercy: Nerwowe grymasy i izolacja
Kamera często pokazywała twarz Władimira Putina, a obraz, który przesłała w świat, był daleki od wizerunku silnego lidera.
Obserwatorzy zwracają uwagę na nienaturalne, momentami groteskowe grymasy i skurcze twarzy Putina. W oczach wielu komentatorów to nie tylko oznaka problemów zdrowotnych, ale przede wszystkim wyraz narastającej paranoi i frustracji człowieka, który ręce ma splamione krwią niewinnych kobiet i dzieci, a dziś musi ukrywać się za kordonami służb przed własnym narodem.
Na trybunach próżno było szukać liderów liczących się państw. Putinowi towarzyszyła jedynie garstka lojalnych wasali i przedstawicieli państw Trzeciego Świata, postaci z politycznego marginesu, co ostatecznie przypieczętowało status Rosji jako międzynarodowego pariasa.
Koniec mitu „Niezwyciężonej Armii”
Zagraniczne portale, od konserwatywnych mediów w USA po serwisy środkowoeuropejskie, podkreślają jedno: mit niezwyciężonej armii ostatecznie legł w gruzach. Tegoroczna parada była jedynie smutnym rytuałem odprawianym przez zbrodniarza wojennego, który zamiast sukcesów na froncie, ma do zaoferowania swojemu narodowi jedynie puste obietnice i agresywną, antyzachodnią retorykę oraz pogłębiający się kryzys ekonomiczny.
Oby, w obliczu trwającej agresji na Ukrainę, to żałosne widowisko na Placu Czerwonym stało się symbolem początku końca imperium zła, które potrafi już tylko niszczyć, nie będąc w stanie obronić nawet własnego prestiżu podczas najważniejszego dla siebie święta.
źr. wPolsce24











