Dziennikarz udawał nielegalnego imigranta. To, co zobaczył, wywołało w nim szok

Z tego tekstu dowiesz się:
• Brytyjski dziennikarz Christian Drogan pod przykrywką dołączył do migrantów próbujących nielegalnie przedostać się z Francji do Wielkiej Brytanii przez kanał La Manche.
• Po wielu próbach nawiązał kontakt z przemytnikami, którym zapłacił 1400 euro. Następnie przez kilka dni był przewożony między obozowiskami migrantów w północnej Francji.
• Pierwsza próba przeprawy zakończyła się interwencją francuskich żandarmów, którzy przebili ponton. Zdaniem Drogana działania służb były jednak w dużej mierze pozorowane, ponieważ migranci szybko otrzymali możliwość kolejnej próby bez dodatkowej opłaty.
• Podczas drugiej próby dziennikarz zauważył, że na pontonie znajdowali się również przemytnicy pilnujący przebiegu operacji. Przed wypłynięciem na otwarte morze opuścili łódź i zostali zabrani przez francuskie służby.
• Po około siedmiu godzinach podróży ponton został przejęty przez brytyjską Straż Graniczną. Drogan ujawnił funkcjonariuszom, że jest dziennikarzem prowadzącym śledztwo, po czym został wypuszczony.
• Reporter pozytywnie ocenił pracę brytyjskich funkcjonariuszy, ale uznał, że system walki z przemytem ludzi jest nieskuteczny, a nielegalne przeprawy przez La Manche stanowią jego zdaniem zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju.
Wielka Brytania od lat zmaga się z inwazją nielegalnych imigrantów z terytorium Francji. Jedna z najpopularniejszych tras przerzutowych prowadzi z Calais, gdzie znajduje się wiele obozowisk imigrantów – najsłynniejsze z nich, tzw. Dżungla, w swoim szczycie miało 3 tys. mieszkańców. Imigranci przedostają się przez kanał La Manche do Dover w Anglii. Mimo tego, że ta trasa liczy zaledwie ok. 32 kilometry, wody La Manche bywają bardzo zdradliwe, a przemytnicy regularnie wpuszczają na pontony zbyt wielu imigrantów, co sprawia, że równie regularnie dochodzi do ich katastrof. Według najświeższych danych brytyjskiego rządu od 2018 roku ponad 208 tys. udało się jednak dostać tą drogą do Wielkiej Brytanii.
Miał problem z kolorem skóry
Dziennikarz Christian Drogan postanowił samemu przebyć tę trasę, by przyjrzeć się z bliska działaniom przemytników ludzi i temu, w jaki sposób władze obu państw próbują powstrzymać ich proceder. Swoje doświadczenia opisał w felietonie dla dziennika The Telegraph. Wyłania się z nich dość szokujący obraz.
W swoim felietonie Drogan poinformował, że przygotowywał się do tego od roku, zbierając informację i usiłując skontaktować się z przemytnikami ludzi, by skłonić ich do zabrania go do Anglii. Przez wiele nieudanych prób nauczyłem się boleśnie, że biały Brytyjczyk jest w tych kręgach natychmiastowym źródłem podejrzeń – nie ważne, jak bardzo wygląda na sponiewieranego – napisał. Dziennikarz dodał, że ze swoim wyglądem mógłby udawać Kurda, i wiele razy to robił, ale tylko do momentu, w którym musiał otworzyć usta – przyznał, że nie zna arabskiego, farsi ani żadnego innego języka obcego. To był problem, bo większość przemytników i imigrantów nie znała więcej niż kilka słów po angielsku.
W rozmowach z przemytnikami eksperymentował z kilkoma tożsamościami. Udawał m.in. Ormianina, bo zmniejszało to ryzyko, że spotka kogoś, kto zna ich język. Doszedł jednak do wniosku, że to niebezpieczna zabawa. Z poprzednich śledztw pod przykrywką wiedziałem, że ogromne obozy imigrantów w Calais i Dunkierce są rządzone przez tajemnicze postacie, z warczącymi psami i bronią samopowtarzalną. Nie żartuje się z takich ludzi – napisał. Ostatecznie zdecydował się więc na częściową prawdę. Przyznawał, że jest Brytyjczykiem, ale twierdził, że jest przestępcą, który ukrywał się w Hiszpanii, a teraz chce wrócić do kraju.
1400 euro za rejs
To w końcu zadziałało. Znalazł przemytnika, który zgodził się przerzucić go na drugi brzeg La Manche. Zażądał za to 1400 euro. Gdy dziennikarz zgodził się na tę cenę, przedstawiono go jego „opiekunowi”. Dostał też polecenie, by udać się do północnej Francji i czekać.
Dziennikarz napisał, że następnie on, z innymi kandydatami do zostania Anglikami, był przerzucany przez przemytników z miejsca na miejsce. Jeździł po całej północnej Francji pociągami i autobusami oraz chodził piechotą między obozowiskami, nie znając dokładnej daty, kiedy wypłynie. Jednego dnia przeszedł aż 42 tys. kroków. W tanich trampkach, których nie zaprojektowano na takie dystanse, wkrótce kulałem jak prawdziwy uchodźca – zauważył.
W końcu dostał informację, że „gra” - jak przemytnicy nazywają rejs przez La Manche – odbędzie się jutro. Polecono mu udać się do ostatniego obozu. Ostatnią noc we Francji spędził w rozbitym w lesie, zaśmieconym starym namiocie. Nie mógł spać, myślał o osobach, które korzystały z niego przed nim. Słuchał rozmów innych imigrantów, z których nic nie rozumiał, i obserwował, jak Afgańczyk przygotowuje sobie crack. O świcie przemytnicy dali sygnał i, zostawiając za sobą wszystkie zbędne przedmioty, pobiegli na plażę.
Żandarmi przekłuli ich ponton
Tam przyszło im czekać kilka godzin na piasku, aż na horyzoncie pojawił się czarny ponton. Ściskając wodoodporną torbę z najważniejszym dobytkiem i modląc się, by woda nie zalała jego okularów z ukrytą kamerą, Drogan ominął francuskich żandarmów, którzy nie reagowali na tę próbę, zdjął buty i zaczął brodzić w wodzie, by wejść na pokład. Imigranci przepychali się, ale w końcu udało mu się to zrobić, z pomocą tych, którzy wsiedli na niego wcześniej. Od razu zauważył, że młoda kobieta upadła i groziło jej zadeptanie. Pomógł jej wstać. W końcu ponton był pełny i myślał, że zaraz wyruszą.
Tak się jednak nie stało. Jego silnik, który wydał mu się zdecydowanie za mały jak na rozmiary tego pontonu, nie chciał odpalić. Gdy przemytnik z nim walczył, do wody wbiegł żandarm, który ostrym narzędziem przebił ich ponton. Sześciu kolejnych stało na brzegu, celując do nich z broni. Imigranci wskoczyli do wody i ruszyli w stronę brzegu. Dziennikarz zauważył jeszcze, jak żandarmi ostentacyjnie aresztowali przemytnika. Nie chcąc, by odkryli, że ma przy sobie brytyjski paszport, uciekł z tego miejsca z resztą imigrantów.
Wielka Brytania płaci francuskim służbom, by te powstrzymywały przerzuty imigrantów przez La Manche. Kilka dni temu rząd w Londynie chwalił się, że Francuzi w ciągu trzech pierwszych miesięcy obowiązywania nowej umowy powstrzymali aż 185 prób przepłynięcia La Manche. Zdaniem dziennikarza to jednak były działania pozorowane. Zauważył, że żandarmi „powstrzymali” ponton, który i tak nie miał szans odpłynąć, tylko po to, by jego pasażerowie w ciągu następnych 24 godzin wsiedli na pokład kolejnego. Odkrył też, że w takiej sytuacji przemytnicy nie każą im znowu płacić.
Podróżowali jak VIPy
Drugi ponton, na który wsiadł, miał już mocniejszy silnik. Na jego pokładzie było zaledwie 36 imigrantów – dużo mniej, niż zwykle. Jeden z nich zażartował, że płyną jak VIPy. Przemytnik, który ich zabrał, najwidoczniej pokłócił się z szefem i nie zabierał imigrantów z innych umówionych miejsc. Dziennikarz zauważył, że krzyczą do niego w języku farsi, co oznacza najprawdopodobniej, że byli Irańczykami. Myśl o tym, że ten reżim, z którym Ameryka prowadzi wojnę, przerzuca do Wielkiej Brytanii nieudokumentowanych mężczyzn, mnie zmroziła – przyznał.
Dziennikarz zauważał, że gdy zbliżali się już do otwartego morza, kilku pasażerów postanowiło wysiąść. Zrozumiał, że to nie są imigranci – a przemytnicy, którzy chcieli dopilnować, czy wszystko przebiega gładko, a na pokładzie są wyłącznie osoby, które zapłaciły za rejs. W czasie wcześniejszego śledztwa dowiedział się, że jeśli ponton nadal jest na płyciźnie, wracają na brzeg pieszo, udając zmęczenie i hipotermię, by uniknąć policyjnej kontroli.
Tym razem było jednak na to zbyt głęboko. Zauważył ze zdziwieniem, że przemytnicy skontaktowali się radiowo z pobliską jednostką straży przybrzeżnej. Ta z kolei przekazała sprawę żandarmerii. Po kilku minutach przy ich łodzi pojawiła się policyjna motorówka, a żandarmi, po obmacaniu przemytników pod kątem ukrytej broni, odwieźli ich na brzeg. Co za wspaniały sposób, by uniknąć bardzo długiej podróży powrotnej z Wielkiej Brytanii – zauważył dodając, że skoro on od razu domyślił się, że ma do czynienia z przemytnikami, to policjanci też powinni.
"Jesteś na złej łodzi koleś"
Po siedmiu godzinach rejsu, mniej więcej w połowie drogi, zostali zabrani przez jednostkę brytyjskiej Straży Granicznej. Strażacy od razu połapali się, że tu nie pasuje. Jesteś na złej łodzi koleś – krzyknął do niego jeden z nich. Mimo tego był traktowany tak samo, jak inni. Dodał, że strażnicy byli surowi i dbali o dyscyplinę na pokładzie. On sam planował się nie odzywać i ciągnąć to śledztwo dalej, ale gdy stanął przed poważnie wyglądającą oficer Straży Granicznej w Dover, od razu wyznał prawdę i został wypuszczony po dokonaniu formalności.
Dziennikarz zauważył, że tego dnia według oficjalnych statystyk Home Office – brytyjskiego odpowiednika ministerstwa spraw wewnętrznych – La Manche pokonało 35 imigrantów. Całkiem słusznie te statystyki nie obejmują mnie: jedynej osoby, która dokonała inwazji nie łamiąc prawa – zauważył. Dodał, że jest pełen podziwu dla pracy i zachowania brytyjskich strażników granicznych, ale ich ręce są związane przez pozbawionych kręgosłupów przywódców politycznych, którzy nadal nie widzą, czym to jest: zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego.
źr. wPolsce24 za Telegraph











