Spłonęło 40 osób, sto ma poważne obrażenia, a oni... się z tego śmieją. Europa w szoku po wybryku dziennikarzy

Rysunek przedstawia dwóch poparzonych narciarzy, poruszających się o kulach po stoku. Towarzyszy mu napis: „Les brûlés font du ski – La comédie de l'année” („Spaleni na nartach – komedia roku”). Ilustracja jest grą słów nawiązującą do popularnej francuskiej komedii „Les Bronzés font du ski” z 1979 roku („Opaleni na nartach”). Publikacja natychmiast wywołała oburzenie w Szwajcarii i poza jej granicami.
Reakcje były gwałtowne. Szwajcarscy politycy, pisarze i prawnicy zarzucili redakcji brak empatii i naruszenie ludzkiej godności. Pojawiły się wezwania do zakazu dystrybucji magazynu w Szwajcarii, a do prokuratury kantonalnej trafiło zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa polegającego na rozpowszechnianiu treści brutalnych, poniżających ofiary tragedii. W mediach społecznościowych zaroiło się od komentarzy, w których pytano wprost: „Gdzie jest wasze człowieczeństwo?”.
Charlie Hebdo to tygodnik, który od lat buduje swoją markę na radykalnej, często skrajnie prowokacyjnej satyrze. Publikacja wielokrotnie wywoływała międzynarodowe kontrowersje, uderzając w religię, polityków, symbole narodowe i ofiary wydarzeń uznawanych powszechnie za tragiczne. W 2015 roku redakcja stała się celem brutalnego zamachu terrorystycznego, w którym islamiści zamordowali 12 osób. Atak był odpowiedzią na publikowanie karykatur Mahometa i na lata naznaczył debatę o granicach wolności słowa w Europie.
Zresztą magazyn kpi nawet z krwawego ataku na swoją siedzibę. Kolejny rysunek przedstawia... atak oburzonych Szwajcarów na redakcję.
Redakcja konsekwentnie podkreśla, że jej misją jest satyra bez tabu. Redaktor naczelny Gérard Biard bronił ostatniej publikacji, twierdząc, że „satyra ma prawo szokować”, a czarny humor z definicji bywa niekomfortowy. Według niego rysunek nie miał na celu wyśmiewania ofiar, lecz pokazanie „absurdu tragedii”.
Problem polega jednak na tym, że dla wielu odbiorców – zwłaszcza w kraju dotkniętym świeżą tragedią – taki przekaz nie jest ani metaforą, ani intelektualną prowokacją. Jest po prostu kpiną z cierpienia. I tu zaczyna się zasadnicze pytanie, które regularnie wraca przy kolejnych publikacjach Charlie Hebdo: czy satyra rzeczywiście musi być pozbawiona wszelkich granic, aby pozostać satyrą?
Europejska solidarność z redakcją po zamachu sprzed dziesięciu lat była powszechna i zrozumiała. Dziś jednak coraz częściej słychać głosy, że pamięć o tamtej tragedii nie może służyć jako tarcza chroniąca każdą, nawet najbardziej bezduszną prowokację. Wolność słowa nie oznacza bowiem obowiązku drwiny z ofiar — a już na pewno nie w momencie, gdy rodziny wciąż grzebią swoich bliskich.
źr. wPolsce24 za X











