Ta malutka wyspa to słaby punkt Iranu. Czy Amerykanie to wykorzystają?

Z tego tekstu dowiesz się:
-
Wyspa Chark to kluczowy punkt eksportu irańskiej ropy – przez terminal na tej niewielkiej wyspie przechodzi większość surowca sprzedawanego przez Iran na świecie.
-
Infrastruktura pozwala ładować ropę na duże tankowce, co jest konieczne, bo większość irańskiego wybrzeża jest zbyt płytka dla takich jednostek.
-
Zniszczenie terminala byłoby dla Teheranu ogromnym ciosem, ale mogłoby też gwałtownie podnieść globalne ceny ropy nawet do ok. 150 dolarów za baryłkę.
-
Z tego powodu USA i Izrael na razie unikają ataków na irańską infrastrukturę naftową, mimo że byłoby to militarnie łatwe.
-
Alternatywą rozważaną w Waszyngtonie ma być zajęcie wyspy przez wojska USA, co odcięłoby Iran od dochodów z ropy bez niszczenia infrastruktury.
-
Według ekspertów mogłoby to osłabić Korpus Strażników Rewolucji i zmusić Teheran do negocjacji, a jednocześnie stać się narzędziem nacisku na przyszły rząd Iranu.
-
Problemem pozostaje jednak polityka – okupacja części Iranu oznaczałaby kolejną długotrwałą operację wojskową, co może być trudne do zaakceptowania dla amerykańskich wyborców.
Chark to malutka wyspa na Zatoce Perskiej, oddalona o 25 kilometrów od wybrzeża Iranu. Ma zaledwie 20 km kw. powierzchni. Znajduje się na niej miasteczko o takiej samej nazwie, zamieszkane przez ok. 8 tys. osób.
Płynie irańska ropa
Wysepka ma gigantyczne znaczenie dla reżymu w Teheranie. Kończą się bowiem na niej rurociągi z pól roponośnych na północy i w centrum kraju. Dzięki znajdującej się na wyspie infrastrukturze, zbudowanej przez amerykański koncern Amoco (który dziś jest częścią BP) i skonfiskowanej po rewolucji, Iran może ładować swoją ropę na duże tankowce.
To bardzo ważne dla reżymu, gdyż mimo międzynarodowych sankcji ropa, której większość Teheran sprzedaje Chinom, jest nadal najważniejszym źródłem zysków. Większość wybrzeża Iranu ma jednak zbyt płytkie i zamulone wody, by mogły na nich operować swobodnie duże tankowce. Z tego powodu znakomita większość eksportowanej przez Iran ropy przechodzi przez ten terminal, niegdyś największą tego typu instalację na świecie.
Jak zauważa brytyjskie dziennik "Guardian", przed wojną przechodziło przez niego ok. półtora miliona baryłek dziennie, ale w lutym – być może z powodu spodziewanej już wtedy wojny – Iran zwiększył tę liczbę do ok. 3 milionów. Jego utrata byłaby więc dla reżymu w Teheranie gigantyczną tragedią.
Dlaczego nie chcą bombardować
Biorąc pod uwagę fakt, że irańska obrona przeciwlotnicza praktycznie przestała istnieć już w pierwszych dniach konfliktu, zbombardowanie tego terminala byłoby dla amerykańskiego lotnictwa banalnie prostym zadaniem. Na razie na tę wyspę nie spadła jednak ani jedna bomba. Co więcej, z ponad 5 tysięcy celów, które zbombardowali już Amerykanie, ani jeden nie należał do infrastruktury petrochemicznej. Izrael zbombardował dwie irańskie rafinerie dwa składy ropy, ale jak donosi portal Axios, administracja Trumpa miała poprosić go w poniedziałek, by powstrzymał się od kolejnych takich ataków.
Powody tej wstrzemięźliwości są proste. Iran nie jest wprawdzie wielkim eksporterem ropy – na liście największych eksporterów zajmuje dopiero 16. miejsce – ale produkuje jej na tyle dużo, że irańska ropa ma istotny wpływ na globalne ceny tego surowca. Już obecna wojna i groźba zablokowania cieśniny Ormuz, którą pływają tankowce z państw Zatoki Perskiej, sprawiły, że jej cena urosła do niewidzianych od lat poziomów.
Eksperci się tego spodziewali, ale to tymczasowe zjawisko – gdy skończy się wojna, ceny powinny wrócić do normy.
Zniszczenie infrastruktury miałoby bardziej radykalny efekt. Ograniczyłoby eksport ropy przez Iran, co wprawdzie pozbawiłoby reżym znaczącego źródła dochodów, ale wywołałoby także znaczący wzrost cen ropy na globalnych rynkach. Jak oszacował Neil Quilliam, ekspert think tanku Chatham House, w razie zniszczenia Chark poniedziałkowa cena, 120 dolarów za baryłkę, mogłaby wzrosnąć aż do 150 dolarów.
Ceny ropy mają wpływ na ceny wielu innych produktów i usług, więc odczułaby to cała światowa gospodarka. Co gorsza, te wysokie ceny utrzymałyby się do czasu odbudowy przez Iran zniszczonej infrastruktury i wznowienia eksportów, a to mogłoby potrwać całe lata.
Terminal na Chark został mocno uszkodzony przez Irak, a jego odbudowa zajęła całe lata, chociaż wojna skończyła się w 1988 roku.
Zdecydują się na okupację?
Co więcej, zniszczenie tego terminala uniemożliwiłoby USA osiągnięcie jednego z rzekomych celów wojennych. Członkowie administracji Trumpa otwarcie sugerują, że chcieliby obalić obecny reżim w Teheranie i zastąpić go bardziej cywilizowanym rządem. Jeśli jednak wcześniej zniszczyliby ten terminal, to wtedy potencjalny przyszły rząd zastałby nie tylko kraj, który już przed wojną był w tragicznej sytuacji gospodarczej, ale na dodatek nie miałby jak zarobić na odbudowę.
Jest jednak inne rozwiązanie – nie zniszczenie, a zajęcie tej wyspy przez USA. O tym, że taki scenariusz jest brany pod uwagę, mówi się już od kilku dni. Portal Axios informował w sobotę nieoficjalnie, że taki scenariusz rozważają członkowie administracji Trumpa. Znany ekspert od Bliskiego Wschodu Michael Rubin, który doradzał prezydentowi George'owi W. Bushowi w sprawie Iraku i Afganistanu, powiedział w zeszłym tygodniu portalowi Politico, że rozmawiał już o tym z przedstawicielami Białego Domu. Przyznał jednak, że Trump opiera się o opinie wąskiej grupy bliskich doradców i nie wie, czy jest świadomy znaczenia strategicznego tej wyspy.
Wiele zalet, poważna wada
Jej zajęcie ma z punktu widzenia USA szereg zalet. Zdaniem Rubina odcięcie Iranu od możliwości eksportu ropy mogłoby pozwolić na w miarę bezbolesne pokonanie Korpusu Strażników Rewolucji. To bardzo wpływowa organizacja, jedna z dwóch gałęzi irańskich sił zbrojnych, a po śmierci Alego Chameiego jej wpływy jeszcze bardziej urosły, gdyż jego syn, wybrany nowym najwyższym przywódcą, jest z nią bardzo blisko związany i nawet walczył w jej szeregach z Irakiem. Rubin uważa, że jeśli ta organizacja nie upadnie, nie ma co liczyć na jakiekolwiek zmiany w Iranie – ale bez dochodów ze sprzedaży ropy nie będzie miała nawet z czego zapłacić żołdu swoim żołnierzom.
Przejęcie Chark przez Amerykanów mogłoby również skłonić reżym – który mimo ogromnych strat nadal nie wydaje się skłonny do złożenia broni – do negocjacji pokojowych i daleko idących ustępstw w zamian za jej oddanie albo przynajmniej pozwolenie na korzystanie z tego terminala.
Z czysto militarnego punktu widzenia jej zajęcie nie byłoby dla USA wielkim problemem. Zupełnie inaczej przedstawia się to z politycznego punktu widzenia. Trump w przeszłości wielokrotnie krytykował „wieczne wojny” w Iraku i Afganistanie i obiecywał, że sam nie wywoła kolejnych. Zdobycie wyspy i jej późniejsza okupacja byłyby jednak dość znaczącą operacją wojskową. Ani Trump, ani Pentagon nie wykluczyli wprawdzie na razie „butów na ziemi”, jak w USA nazywa się zdobycie i okupację jakiegoś terytorium przez regularne siły zbrojne, ale bardzo wielu jego zwolennikom mogłoby się to nie spodobać.
Co więcej, w tym roku odbywają się tzw. midterms – przypadające na połowę kadencji prezydenta wybory do Izby Reprezentantów i Senatu – w których Republikanie jako partia rządząca i tak startują z trudniejszej pozycji. Krótka, zwycięska operacja w Iranie, zakończona przy minimalnych stratach własnych, mogłaby poprawić szanse polityków, ale potencjalnie wieloletnia okupacja fragmentu terytorium Iranu raczej im nie pomoże.
źr. wPolsce24 za Axios, Guardian, Politico











