Salonowa pogarda dla zwykłych Polaków. Dlaczego „Wyborczą” uwiera, że przeciętny Kowalski ma prawo do urlopu?

Gdyby ktoś chciał stworzyć muzeum obyczajowego snobizmu i obłudy środowisk liberalno-lewicowych, materiały publikowane w „Gazecie Wyborczej” stanowiłyby najcenniejszy eksponat. Ostatni artykuł opatrzony wymownym i prowokacyjnym tekstem o czasach, w których po Mazurach żeglowała „śmietanka” pokroju Agnieszki Osieckiej, a dziś „każdy cham może”, przekroczył jednak nawet dotychczasowe, wyśrubowane normy salonowej pogardy.
Nostalgia za PRL-owską nomenklaturą i feudalizmem
Przekaz płynący z czerskiego prasoznawstwa jest prosty, choć ujęty w szaty rzekomej troski o kulturę osobistą czy stan środowiska naturalnego: kiedyś polskie jeziora i kurorty należały do oświeconej elity - artystów, dziennikarzy, dygnitarzy i bywalców stołecznych kawiarni. Było kameralnie, elegancko i ekskluzywnie.
A dziś? Dziś nad wodę przyjeżdża „masowy turysta” - ten sam, który ciężko pracuje przez cały rok na taśmie produkcyjnej, w budownictwie czy we własnym małym biznesie, a za zarobione pieniądze kupuje łódkę, czarteruje jacht albo wynajmuje domek z rodziną.
Dla środowiska, które od dziesięcioleci uzurpuje sobie prawo do mianowania się „sumieniem narodu”, demokratyzacja polskiego dobrobytu jest doświadczeniem traumatycznym. Gdy zwykły Polak z prowincji zarabia wystarczająco dużo, by spędzić urlop na Mazurach, nad Bałtykiem czy w Tatrach, liberalny salon nie widzi w tym sukcesu gospodarczego kraju ani nadrabiania cywilizacyjnych zaległości. Widzi w tym wyłącznie zagrożenie dla własnej wyłączności na status społeczny i luksus.
„Oświecona tolerancja” w praktyce, czyli klasizm najwyższej próby
To nie pierwszy raz, kiedy media mieniące się „postępowymi” używają pełnego wyższości języka wobec własnych rodaków. Pamiętamy przecież wieloletnie utyskiwania na „parawaniarzy” nad morzem, wyśmiewanie rodzin korzystających z programów społecznych, narzekania na „zapach kiełbasy z grilla” na działkach czy lamenty nad tym, że w samolotach tanich linii lotniczych pojawili się ludzie, którzy nie władają płynną angielszczyzną.
Hipokryzja tego podejścia bije po oczach. Na co dzień redakcja przy ul. Czerskiej poucza Polaków o potrzebie inkluzywności, przeciwdziałania wykluczeniu i szacunku dla każdego człowieka. Jednak wystarczy, że ten „drugi człowiek” pojawi się na horyzoncie mazurskiej przystani, by szlachetne hasła ustąpiły miejsca prymitywnemu rasizmowi klasowemu.
Okazuje się, że równość jest wspaniała, ale tylko w teorii i na łamach zachodnich opracowań socjologicznych. W praktyce zwykły Polak ma znać swoje miejsce w szeregu i nie pchać się tam, gdzie niegdyś wypoczywała artystyczna i partyjna śmietanka.
Dobrobyt dla wszystkich, nie tylko dla wybranych
Upowszechnienie się aktywnych form wypoczynku, takich jak żeglarstwo czy turystyka motorowodna, to w rzeczywistości dowód na niesamowity awans społeczny i cywilizacyjny Polaków. Nasz naród przestał być tanią siłą roboczą, a stał się pewnymi siebie, mającymi swoje aspiracje obywatelami, którzy mają pełne prawo korzystać ze wszystkich uroków własnej ojczyzny.
Oczywiście, jak w każdej dziedzinie życia, na wodzie i na lądzie potrzebna jest kultura, przestrzeganie przepisów i szacunek dla przyrody. Jednak sprowadzanie zmian obyczajowych do prostackiego podziału na „dawnych wspaniałych elitarnych żeglarzy” oraz „dzisiejszych chamów” jest objawem intelektualnego lenistwa i głębokiej frustracji wynikającej z utraty monopolu na luksus.
Dziś żeglować może każdy — i bardzo dobrze. Polska i jej piękno należą do całego narodu, a nie do wąskiej kasty, której wciąż wydaje się, że stoi wyżej od reszty społeczeństwa.
źr. wPolsce24











