Polacy mają dość uległości. Rachunek za zburzoną Warszawę wciąż czeka na Berlin

Gdy spoglądamy na zdjęcia zrujnowanego w 1944 roku miasta, widzimy nie tylko heroizm żołnierzy Armii Krajowej i ludności cywilnej. Widzimy zaplanowane, zimne i bezwzględne ludobójstwo oraz destrukcję, jakiej dopuścili się Niemcy. Warszawa została zrównana z ziemią z rozkazu niemieckich najeźdźców, a majątek narodowy – budowany przez pokolenia – uległ niemal całkowitej zagładzie.
I choć od tamtych wydarzeń minęło osiem dekad, jedna kwestia wciąż pozostaje niezamknięta: sprawiedliwość historyczna i finansowa.
Rachunek, którego Berlin nie chce zapłacić
Niemcy od dziesięcioleci lubują się w odgrywaniu roli moralnego sumienia Europy. Z chęcią pouczają inne narody w kwestiach praworządności, demokracji czy wartości. Kiedy jednak przychodzi do zmierzenia się z własną przeszłością i realnej odpowiedzialności za zbrodnie popełnione na ziemi polskiej, niemiecka klasa polityczna nagle doznaje głębokiej amnezji.
Przekaz z Berlina jest krótki i bezczelny: „sprawa jest zamknięta”.
To zuchwałość, na którą nie wolno się godzić. Jak można uznać za „zamkniętą” sprawę wymordowania ponad 200 tysięcy mieszkańców stolicy, zniszczenia ponad 80% zabudowy miasta i zrabowania dóbr kultury o nieocenionej wartości? Niemiecka gospodarka, budowana była po wojnie również na powojennej bezkarności i skradzionym majątku. Dzisiaj nasi sąsiedzi udają, że rachunek został uregulowany. To moralna hipokryzja w najczystszej postaci. Polacy nie domagają się prezentu ani łaski – Polacy domagają się tego, co im się po prostu należy: zadośćuczynienia i reparacji.
Uległość zamiast podmiotowości. Gdzie jest rząd?
Najbardziej niepokojące jest jednak to, co dzieje się dzisiaj w Warszawie. Naród polski pamięta i wie, jak wielką krzywdę wyrządzono naszej Ojczyźnie. Polacy w zdecydowanej większości oczekują twardej, podmiotowej polityki zagranicznej i niezłomnego walczenia o należne nam środki.
Tymczasem obecny rząd z Donaldem Tuskiem na czele sprawia wrażenie, jakby kwestia reparacji była dla niego co najwyżej wstydliwym balastem, z którego najchętniej jak najszybciej by się wycofał. Wystarczy przyjrzeć się gestom i deklaracjom płynącym z Kancelarii Premiera po spotkaniach z niemieckimi partnerami. Zamiast twardego stawiania sprawy na forum międzynarodowym, słyszymy mętne opowieści o „partnerstwie”, „patrzeniu w przyszłość” czy bezwartościowych deklaracjach symbolicznych wpłat na rzecz żyjących jeszcze nielicznych ocalałych.
To nie jest polityka niepodległego państwa – to klasyczna polityka uległości i ucieczki przed konfrontacją z silniejszym sąsiadem. Donald Tusk po raz kolejny udowadnia, że w relacjach z Berlinem przedkłada spokój i dobre relacje w europejskich salonach nad twardy interes narodowy Polski. Zaniechanie działań prawnych i dyplomatycznych w sprawie reparacji to cichy przyzwolenie na niemiecką narrację i zdrada pamięci o tych, którzy oddali życie za wolną Polskę.
Pamięć to za mało – potrzebne są czyny
Brak zdecydowanych działań ze strony rządu budzi uzasadniony gniew społeczny. Polacy nie chcą widzieć polityków składających kwiaty pod pomnikami wyłącznie na potrzeby zdjęć w mediach społecznościowych, podczas gdy w gabinetach dyplomatycznych ci sami ludzie chowają głowę w piasek. Prawdziwa pamięć o Powstaniu Warszawskim to nie tylko patetyczne przemówienia raz w roku – to codzienna praca na rzecz siły i godności Rzeczypospolitej.
Nie ma niepodległości bez podmiotowości, a nie ma podmiotowości bez odwagi w egzekwowaniu własnych praw. Niemcy muszą zrozumieć, że partnerstwo z Polską nie może być budowane na kłamstwie i przemilczaniu win. Dopóki ostatnie euro z tytułu należnych reparacji nie trafi do polskiego budżetu, sprawa II wojny światowej w relacjach polsko-niemieckich nigdy nie będzie zamknięta.
W ten rocznicowy dzień przypominamy rządzącym: narodowi nie da się zamknąć ust pustymi słowami. Polacy pamiętają, Polacy wiedzą, kto był oprawcą, i Polacy nie przestaną domagać się sprawiedliwości. Czas uległości musi się skończyć.
źr. wPolsce24











