Nie ma pieniędzy na chleb, więc Tusk rozkręca igrzyska. To będzie wojna, jakiej nie było i tylko Polski szkoda
Szubartowicz nie owija sprawy w bawełnę. Jego zdaniem ogromna dziura budżetowa ogranicza możliwość licytowania się na kolejne świadczenia i kosztowne obietnice. Nie będzie więc łatwo kupować poparcia wyborców kolejnymi transferami. Nie będzie również – jak pisze komentator – przestrzeni na wielką rewolucję personalną i programową.
Co w takim razie pozostaje? Emocje. Konflikt. Polaryzacja. Czyli wszystko to, co mamy już od dawna na polskiej scenie politycznej, tylko, że... jeszcze bardziej!
„Jedynym sposobem na realne robienie polityki będzie starcie totalne z prawicą, w tym z prezydentem Karolem Nawrockim” – przewiduje Szubartowicz.
I dodaje, że to, co dziś jest ostrym sporem, może zostać jeszcze bardziej zaostrzone, a zwykły polityczny pat może stać się osią „wojny na śmierć i życie”. „My” kontra „oni” w wersji ekstremalnej.
To bardzo mocne słowa. Szczególnie dlatego, że nie wypowiada ich polityk prawicy, lecz komentator, którego sympatie są raczej po drugiej stronie barykady.
Nie ma na obietnice? Zostaje przeciwnik
Można oczywiście dyskutować z diagnozą Szubartowicza. Można twierdzić, że polska polityka zawsze była spolaryzowana i że żadnego szczególnego przełomu w tej kwestii nie będzie. Tyle że problem zaczyna się wtedy, gdy zestawimy tę diagnozę z wydarzeniami, które rozgrywają się właśnie teraz.
Dziś już bowiem mamy przykłady tego, jak ta wojna ma wyglądać. Po pierwsze, ma być totalne starcie z prezydentem Karolem Nawrockim, żadnych układów, żadnej zgody, żadnych wspólnych projektów. Dobro Polski? Ewidentnie musi zaczekać.
Dziś prezydent Karol Nawrocki mówił o porozumieniu, jakie miał zawrzeć z ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim. Według prezydenta ustalenia nie zostały jednak zrealizowane, ponieważ – jak zasugerował – ktoś stojący nad ministrem miał zablokować ich wykonanie.
Trudno nie odczytać tej wypowiedzi jako sugestii dotyczącej premiera Donalda Tuska.
Prezydent poszedł jeszcze dalej, sugerując, że premier nie jest zainteresowany żadnym porozumieniem z Pałacem Prezydenckim aż do wyborów parlamentarnych.
Jeżeli rzeczywiście miałoby tak być, oznaczałoby to coś znacznie poważniejszego niż kolejny konflikt dwóch ośrodków władzy. Oznaczałoby, że interes wyborczy zaczyna przesłaniać możliwość współpracy tam, gdzie współpraca mogłaby służyć państwu.
Prokuratura i prezydent. Urojenia Żurka
Kolejny obrazek.
Prezydent ma zostać przesłuchany przez prokuraturę w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Karol Nawrocki deklaruje gotowość odpowiedzi na pytania śledczych, jednocześnie ostro odpowiadając ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu Waldemarowi Żurkowi.
„Prezydent ma dużo więcej spraw, zagadnień, w tym na arenie międzynarodowej, niż odpowiadanie na urojenia ministra sprawiedliwości, ale oczywiście - prokurator usłyszy ode mnie, że wszystkie decyzje podejmuję sam. Zapraszam śledczych w tej sprawie. Jestem obywatelem jak każdy inny i odpowiem na wszystkie pytania” – przekazał prezydent.
Jak zareagował Żurek?
Widać to dobrze? Miał prawo oburzyć się na "urojenia ministra", ale przecież prezydent Nawrocki podtrzymał swoją deklarację o złożeniu zeznań. Mało tego! Napisał dokładnie to, że jest obywatelem jak każdy inny Polak.
O co więc Żurkowi chodzi, gdy przypomina: "Pana Prezydenta obowiązuje dokładnie takie samo prawo jak każdego obywatela". Czy pan minister zapomniał czytać? Nie! Tak właśnie realizuje się w praktyce to, o czym pisał Szubartowicz.
Bo czym innym jest normalny konflikt między rządem a prezydentem, a czym innym sytuacja, w której niemal każda sprawa staje się kolejnym frontem wojny politycznej. Każda kolejna wypowiedź ma podnosić temperaturę. Każdy kolejny spór ma utwardzić i tak już betonowy elektorat, który nie zada sobie nawet sekundy trudu, by sprawdzić, jaki był prawdziwy przebieg zdarzeń i co naprawdę zadeklarował prezydent Nawrocki. To właśnie jest istota „turbopolaryzacji”.
Z tej polityki Tuska płynie jeden optymistyczny wniosek. Wojna z Rosją? Trudno uwierzyć, by Putin rzeczywiście planował nas zaatakować w najbliższym czasie. Przecież gdyby było inaczej, to tak doświadczony polityk jak Tusk nie przywoływałby najgorszych demonów wewnętrznych awantur w obliczu tak egzystencjonalnego dla państwa zagrożenia. Nieprawdaż?
Olgierd Jarosz









