Dlaczego drogie paliwo w wakacje to nie przypadek lecz chłodna kalkulacja? Wiemy kto na tym zarabia i dlaczego Tusk gra na czas

Czy na pewno chodzi tylko o polityczne przepychanki? Obserwując sytuację w portfelach Polaków, wyłania się z tego znacznie chłodniejsza hipoteza: gra na zwłokę opłaca się gigantom paliwowym, a rachunek za ten opór płacą dziś zwykli kierowcy oraz – a może przede wszystkim – polscy rolnicy.
Wakacyjna pułapka i rekordowe obroty
Pierwsza przyczyna opóźniania decyzji o obniżce podatków czy marż na paliwa jest aż nadto widoczna na polskich drogach. Mamy środek wakacji. To czas, kiedy ruch na trasach osiąga całoroczne maksima – Polacy ruszają na urlopy, podróżują z rodzinami i spędzają w trasie tysiące kilometrów.
W sezonie urlopowym popyt na paliwo jest sztywny; mało kto zrezygnuje z wyczekanego wyjazdu nad morze czy w góry tylko dlatego, że litr benzyny kosztuje kilkadziesiąt groszy więcej. Z punktu widzenia koncernów paliwowych i budżetu państwa to idealny moment na maksymalizację zysków. Im wyższa cena w okresie największego zużycia, tym większe wpływy z podatków i niebotyczne marże producentów. Obniżenie cen w lipcu oznaczało utratę największych zysków w roku – z punktu widzenia biznesu i budżetu lepiej poczekać, aż wakacyjna fala opadnie.
Cichy cios w rolników. Żniwa i termin 31 lipca
O ile wakacyjne wyjazdy uderzają po kieszeni przeciętnego Kowalskiego, o tyle druga przyczyna wynika, nazwijmy to umownie, z kalendarza rolniczego. I to w momencie najbardziej krytycznym.
Do 31 lipca rolnicy mają czas na kupienie paliwa, by od 1 do 31 sierpnia móc ubiegać się o zwrot podatku akcyzowego zawartego w cenie oleju napędowego wykorzystywanego do produkcji rolnej za kolejne miesiące. Aby rozliczyć faktury i zabezpieczyć ciągłość pracy, rolnicy muszą kupić paliwo właśnie teraz. Nie mają wyboru ani możliwości przeczekania politycznych gier, bo jeżeli tego nie zrobią, stracą ogromne środki. Są postawieni pod ścianą i muszą kupować "na zapas". Żeby uzmysłowić sobie skalę: tu chodzi o steki tysięcy litrów.
Co więcej, przełom lipca i sierpnia to czas intensywnych żniw. Kombajny, ciągniki i sprzęt ciężki pracują w polach na okrągło, zużywając potężne, hurtowe ilości oleju napędowego. Wmuszenie na gospodarzach zakupu paliwa po wyśrubowanych cenach w dokładnie tym okienku czasowym to cios w opłacalność całej polskiej produkcji rolnej, ale zyski dla budżetu i koncernów paliwowych. Tusk i jego ministrowie doskonale zdają sobie z tego sprawę.
Szczególnie uderzający w tym kontekście jest milczący opór lub bierność polityków PSL – ugrupowania, które historycznie budowało swoją tożsamość na obronie interesów wsi. Współtworząc koalicję rządzącą, przyglądają się oni, jak polski rolnik musi ładować kapitał w drogie paliwo, nabijając kabzę koncernom.
Słowna szermierka zamiast decyzji
Zrzucanie winy na prezydenta Karola Nawrockiego wpisuje się w znany schemat polityczny: stworzyć wroga, wskazać przeszkodę i udawać, że ma się związane ręce. Jednak obniżenie obciążeń fiskalnych czy nacisk na spadek marż leżą w kompetencjach i możliwościach operacyjnych rządu nie prezydenta, a ustawa zawetowana przez Nawrockiego była de facto zaprzeczeniem potrzeb, bo podnosiła podatki i prowadziła do przerzucenia kosztów na Polaków.
Trzymanie wysokich cen na stacjach paliw w lipcu przynosi gigantyczne zyski sektorowi naftowemu – kosztem kierowców jadących na urlop i rolników zjeżdżających z pól. Przedstawianie tej sytuacji jako "winy prezydenta" przestaje brzmieć przekonująco w zderzeniu z ekonomią i kalendarzem, w którym koniec lipca wyznacza twarde terminy dla wsi. Ale tego Tusk głośno nie powie. Pytanie tylko, jak długo Polacy dadzą się przekonywać, że pustka w ich portfelach to wyłącznie efekt politycznego klinczu na szczytach władzy.
źr. wPolsce24











