Wściekł się i kazał mu zniknąć. Tusk "urlopował" Szejnę

Donald Tusk wielokrotnie udowadniał, że w zarządzaniu bliski jest mu styl delikatnie nazywany niekiedy "wschodniosłowiańskim", a mniej delikatnie "carskim" czy wręcz "putinowskim". W świetle kamer premier odsyłał ministra Kierwińskiego, by natychmiast jechał zająć się terenami popowodziowymi czy poruczał Bodnarowi przyspieszyć rozliczenia PiS-u.
Teraz premier, najwyraźniej zaniepokojony medialną burzą, która wybuchła wokół ministra Andrzeja Szejny, postanowił zdecydowanie się od niego odciąć i podczas posiedzenia rządu zalecił Sikorskiemu, by na jakiś czas "urlopował" sekretarza stanu w ministerstwie spraw zagranicznych.
Przypomnijmy, kilka dni temu w przestrzeni medialnej pojawiły się informacje o problemach alkoholowych Szejny, a także przypomniano, że przed laty miał uderzyć jedną z działaczek Lewicy. Co więcej kontrowersje budzą też kilometrówki, jakie miał otrzymywać z Sejmu.
Choć Szejna publicznie zadeklarował, że sprawa kilometrówek jest wyjaśniona, a z alkoholizmem sobie poradził, deklaracje te nie powstrzymały krytyki. Nie pomogły też uspokajające słowa rzecznika MSZ Pawła Wrońskiego i szefa Lewicy Włodzimierza Czarzastego.
Do akcji musiał wkroczyć sam Tusk. I jak zawsze jednym ruchem ograł swoich sojuszników. Ośmieszył resort Sikorskiego, klub Lewicy, a siebie przedstawił w świetle dobrego cara, który nie wie o wszystkich wybrykach swoich bojarów. A jak już się dowie, to potrafi wyciągać konsekwencję.
Pytanie, ile jeszcze osób się na to łapie.
źr. wPolsce24 za x.com