Urzędnicza bezkarność w praktyce. Rządowy system niesłusznie nękał kierowców, a szef umywa ręce

Choć Inspekcja oficjalnie kapituluje i wstrzymuje procedowanie niesłusznie zarejestrowanych „wykroczeń”, to kulisy tej sprawy odsłaniają porażający obraz spychologii, marnotrawstwa publicznych pieniędzy i ucieczki od odpowiedzialności obecnego kierownictwa instytucji.
Przypomnijmy: w połowie maja br. nasz portal jako pierwszy, bo zwróceniu uwagę na problem przez byłego szefa GITD Alvina Gajadhura, alarmował, że „rządowy algorytm okrada kierowców”. Nowo uruchomiony system odcinkowego pomiaru prędkości pod Szczecinem masowo i błędnie naliczał kierowcom drastyczne przekroczenia prędkości. Skala absurdu była tak wielka, że wezwania do zapłaty i ujawnienia wizerunku zaczęły trafiać do tysięcy zdezorientowanych obywateli, w tym do użytkowników aut leasingowych, którym banki automatycznie naliczyły kary za obsługę korespondencji. Skierowaliśmy wówczas do rzecznika GITD serię twardych pytań. Dziś otrzymaliśmy oficjalną odpowiedź, która – choć przynosi ulgę poszkodowanym – rodzi kolejne, fundamentalne pytania o kompetencje obecnej władzy.
GITD przyznaje się do błędu: „Procedowanie spraw wstrzymane”
Z oficjalnego pisma przesłanego do redakcji wPolsce24 przez Gabinet Głównego Inspektora (Zespół ds. Informacji i Komunikacji GITD) wynika wprost, że państwowy system poniósł całkowitą klęskę. Urzędnicy potwierdzają, że wstrzymano procedowanie wszystkich spraw zarejestrowanych od 29 kwietnia 2026 r. od godziny 12:00 do 4 maja 2026 r. do godziny 9:27.
„Osoby i podmioty, do których zostało już wysłane wezwanie, otrzymają informację o zakończeniu czynności w sprawie. Zdarzenie miało charakter incydentalny i wynikało z błędnej konfiguracji urządzenia przez dostawcę systemu, czemu CANARD nie mógł wcześniej zapobiec. Żadna osoba, której dotyczył błędny pomiar nie została ukarana mandatem karnym.” — Główny Inspektorat Transportu Drogowego (GITD)
Choć deklaracja o braku wystawionych mandatów brzmi uspokajająco, to teza, jakoby Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym (CANARD) „nie mogło wcześniej zapobiec” awarii, budzi stanowczy sprzeciw ekspertów i poprzedniego kierownictwa inspekcji.
Spychologia i ucieczka przed odpowiedzialnością
W przesłanym piśmie GITD bez zażenowania przerzuca odpowiedzialność na podmiot zewnętrzny - firmę Sprint S.A. To właśnie do tej prywatnej spółki kierowcy aut leasingowych mają zgłaszać się po zwrot kosztów, jakie naliczyły im banki i firmy leasingowe za przetworzenie niesłusznych wezwań (często sięgających od kilkudziesięciu do kilkuset złotych za jedno pismo).
Takiemu stawianiu sprawy kategorycznie sprzeciwia się Alvin Gajadhur, wieloletni, były Główny Inspektor Transportu Drogowego. W rozmowie z redakcją wPolsce24 prof. Gajadhur bezlitośnie obnaża mechanizmy panujące obecnie w instytucji.
Jak podkreśla, zrzucanie odpowiedzialności na wykonawcę jest rażącym nadużyciem i próbą ukrycia własnych zaniedbań. Pod dokumentacją techniczną i decyzjami o dopuszczeniu systemu do użytku podpisywali się pracownicy GITD, podobnie jak pracownicy Inspekcji wysyłali listy do kierowców.
Co więcej, procedury odbioru technicznego nowo otwartych pomiarów prędkości w Polsce muszą bezwzględnie przejść rygorystyczną weryfikację i oficjalny odbiór przez samą Inspekcję Transportu Drogowego. Jak to możliwe, że państwowa inspekcja odebrała wadliwie skonfigurowany system, który od pierwszej minuty działania zaczął bezpodstawnie nękać Polaków?
Kto zapłaci za urzędniczy festiwal niekompetencji?
Sprawa ma również swój głęboki, bulwersujący wymiar finansowy. Choć GITD dumnie ogłasza, że prywatna firma Sprint S.A. ma zwracać koszty leasingobiorcom, milczy jak zaklęta w kwestii strat, które poniosła sama instytucja – a więc de facto wszyscy podatnicy.
Wystawienie i masowa wysyłka tysięcy wezwań do zapłaty generuje ogromne koszty operacyjne. Każde takie wezwanie wysyłane jest listem poleconym za zwrotnym potwierdzeniem odbioru - koszt, to bagatela 11 zł i 80 groszy za sztukę. Ile było tych wezwań nie wiemy, bo na to pytanie GITD nie odpowiedział, ale przyjmując zaokrąglając do tysiąca, wychodzi nam blisko 12 tys. złotych. Do tego dochodzą koszty personelu CANARD, wydruku dokumentacji oraz – co kluczowe – koszty ponownej wysyłki pism z informacją o umorzeniu postępowania. Zadajemy publiczne pytanie obecnemu kierownictwu GITD: Jakie dziesiątki tysięcy złotych z publicznej kasy zostały bezpowrotnie zmarnowane na obsługę korespondencji wynikającej z tego urzędniczego blamażu? Czy te koszty również zostaną w pełni zrefakturowane na dostawcę systemu, czy też tradycyjnie zapłacą za nie polscy podatnicy?
Podsumowanie i pytania, które muszą paść:
-
Gdzie był nadzór? Dlaczego obecne kierownictwo GITD dokonało oficjalnego odbioru systemu, który nie przeszedł prawidłowej kalibracji?
-
Dlaczego obywatel musi cierpieć? Zamiast automatycznego zadośćuczynienia, poszkodowani kierowcy leasingowi muszą teraz przechodzić przez biurokratyczną „ścieżkę zdrowia”: pisać wnioski do CANARD, dołączać faktury i czekać na weryfikację oraz łaskawy zwrot środków od zewnętrznej firmy.
-
Ile to kosztowało? Domagamy się pełnej transparentności w kwestii kosztów samej wysyłki pocztowej niesłusznych wezwań i pism prostujących, które obciążyły budżet GITD.
Ta sytuacja to podręcznikowy przykład patologii systemu, w którym państwo chętnie korzysta z restrykcyjnych narzędzi wobec kierowców, ale w momencie własnej kompromitacji chowa się za plecami prywatnych podwykonawców. Sprawa OPP na autostradzie A6 pokazuje, że hasło „państwo przyjazne obywatelom” w wydaniu obecnej ekipy rządzącej to jedynie pusta deklaracja.
Do sprawy będziemy wracać na łamach portalu wPolsce24. Będziemy monitorować, czy firma Sprint S.A. sprawnie wywiązuje się ze zwrotu kosztów oraz czy urzędnicy GITD odpowiedzą za rażący brak nadzoru nad kluczową infrastrukturą bezpieczeństwa ruchu drogowego.
źr. wPolsce24










