Czy 15-latka przeżyłaby, gdyby nie zaniedbania lekarza? Sprawę bada prokuratura

Tragedia miała miejsce pół roku temu w Radomiu. 15-latka szła rano do szkoły, gdy została potrącona przez samochód. Kobieta, która prowadziła auto, tłumaczyła się później, że nie zauważyła dziewczynki.
Lekarze złożyli zawiadomienie
Na miejsce wezwano karetkę, która zabrała Oliwię do szpitala. Była nieprzytomna, miała poważny uraz głowy. Lekarz nie ukrywał przed jej rodzicami, że sytuacja jest bardzo poważna.
Dziewczynka została wprowadzona w śpiączkę farmakologiczną. Po dwóch tygodniach konsylium lekarskie stwierdziło śmierć pnia mózgu.
Teraz TVN24 ujawnił, że po śmierci dziewczynki dwóch lekarzy z tego szpitala zawiadomiło prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa. Ich zdaniem lekarz, który przyjechał karetką, miał się dopuścić zaniedbań polegających na niewykonaniu wymaganych procedur przy udzielaniu jej pomocy. Rodzice Oliwki ujawnili, że przy odbiorze dokumentów ordynator potwierdziła im, że doszło do bardzo dużych zaniedbań. Wyjaśniła im, że ich córka nie została zaintubowana, nie zabezpieczono jej przy transporcie i nie podano jej właściwych leków.
Dziennikarzom udało się dotrzeć do kobiety, która była świadkiem akcji ratowniczej. Jej zdaniem na miejsce szybko przyjechała karetka z lekarzem. Ratownik otworzył torbę, ale natychmiast ją zamknął. Lekarz obejrzał dziewczynkę i stwierdził, że ją zabierają. - To było wszystko. Po prostu położono ją na deskę - relacjonowała. - Dziecko zaczęło drżeć, wyginało ją. Pielęgniarka stwierdziła: "Pręży się nam". Odsunęłam się, obok stał jeden z nauczycieli. Od razu we dwoje naraz powiedzieliśmy: "To nie powinno tak wyglądać" - dodała.
Nie została zaintubowana
Lekarze, którzy złożyli zawiadomienie do prokuratury, nie chcieli rozmawiać z dziennikarzami. Ci dotarli do pracownika medycznego, który był w pracy, kiedy przywieziono ranną. - Przywieziono ją totalnie niezabezpieczoną, prężącą się, wygiętą, nieprzytomną. Bez żadnego zabezpieczenia, bez monitorowania – wspominał.
Dodał, że dziewczynka powinna być zaintubowana i podłączona do respiratora. - Była nieprzytomna. To były bezwzględne kwalifikacje do tego, żeby ją zaintubować – wyjaśnił. Dodał, że żeby to zrobić przy prężącej się dziewczynce, powinna dostać leki zwiotczające, sedatywne, które są na wyposażeniu karetki. - Ona przyjechała z bardzo niską saturacją. Prawdopodobnie udusiła się podczas transportu. Przez wiele minut była niedotleniona, więc następuje obrzęk mózgu, a w następstwie, obumarcie pnia mózgu i śmierć – powiedział.
TVN24 informuje, że za transport rannej odpowiadał doświadczony lekarz, który od lat praktykuje w zespołach medycznych karetek. Powiedział dziennikarzom, że to była śmierć mózgowa, na miejscu, to było nie do przeżycia. Zapytany, dlaczego jej nie zaintubował, odparł, że nie było takiej potrzeby, bo miała założone wkłucie, dostała pyralginę, płyny i tlen i było odsysane.
To nie był jedyny taki incydent?
Pracownik medyczny widzi tę sprawę inaczej. - Dziecko było nieprzytomne, bez reakcji na bodźce, to w czym miała pomóc pyralgina? On jej nie ratował. Po prostu ją przewiózł i tyle – powiedział. Dodał, że jego zdaniem widząc to, lekarze z SORu nie wytrzymali i zawiadomili prokuraturę.
Prokuratura prowadzi w tej sprawie śledztwo od pół roku. Pacjentów, którymi lekarz zajmował się nienależycie, może być więcej. Dziennikarzom udało się dotrzeć do rodziców 2,5 letniej dziewczynki ze złożoną wadą serca, do której wezwano karetkę, gdy podczas pobytu w gabinecie internisty zaczęła czuć się coraz gorzej. Jej rodzice powiedzieli, że lekarz po wejściu do gabinetu poprosił ich o książeczkę zdrowia.
Przez następne 10-15 minut skupił się na tym, że na jej pierwszej stronie nie było wpisanego ręcznie numeru PESEL. - Wręcz krzyczał, że to są jakieś niedopełnienia medyczne, że to tak nie może być, że w książeczce zdrowia nie ma PESEL-u. A córka leżała nieprzytomna na kozetce. Miała sine palce, wręcz fioletowe. Sine były też usta, ciężko oddychała. Powiedziałam mu, że to dziecko ze złożoną wadą serca – relacjonuje matka.
W końcu karetka zabrała ją do szpitala, ale nie było w nim oddziału kardiologii. Kiedy na miejscu okazało się, że konieczna jest operacja, zabrano ją do Warszawy. Jej ojciec powiedział, że przez działania lekarza jej przybycie do warszawskiego szpitala opóźniło się przynajmniej o dobę. Na szczęście zebrał się zespół chirurgiczny i wykonał operację w sobotę. Zapytany o tę sprawę, lekarz odpowiedział dziennikarce TVN, że nie jest pani obiektywna, nie ma pani wiedzy medycznej. Dziecko pojechało do szpitala, było zaopatrzone.
źr. wPolsce24 za TVN 24











