„Ale porażka”. Nagranie z kultowego kurortu nad Bałtykiem podbija sieć. Co tam się dzieje?

Początek tegorocznego lipca miał przynieść prawdziwe oblężenie nadbałtyckich miejscowości. Dane z portali rezerwacyjnych napawały optymizmem, Polacy masowo rezerwowali noclegi, a branża HoReCa liczyła zyski, szykując się na mocne uderzenie.
Rzeczywistość okazała się jednak wyjątkowo bezwzględna. Zamiast tłumów w strojach kąpielowych, na deptakach królują kurtki przeciwdeszczowe, sztormiaki i parasole. Hotelarze i restauratorzy narzekają i pytają: co poszło nie tak?
Wiralowe nagranie z Międzyzdrojów. „Pieniądze wyrzucone w błoto”
Prawdziwą burzę w sieci wywołało wideo opublikowane na jednym z popularnych profili relacjonujących życie w Międzyzdrojach. Na filmie widać kultową plażę, która w szczycie sezonu powinna pękać w szwach. Zamiast tego są tam pojedyncze, zmarznięte postacie i huczący, złowrogi i mało przyjazny Bałtyk.
Internauci w komentarzach nie kryją frustracji. „Ale porażka, pieniądze wyrzucone w błoto”, „Urlop w lipcu nad polskim morzem to loteria, w której znowu przegrałem” – piszą wczasowicze, którzy za tygodniowy pobyt dla całej rodziny zapłacili nierzadko małą fortunę.
Podobne obrazki można zaobserwować w Łebie, Mielnie czy Władysławowie.
Hotelarze i gastronomia drżą o zyski. Pogoda rozdaje karty
Choć początkowe statystyki mówiły nawet o 13-procentowym wzroście rezerwacji w porównaniu do ubiegłego roku, kapryśna aura brutalnie zweryfikowała plany przedsiębiorców. Nad Polskę nadciągnął głęboki niż, który przyniósł załamanie pogody o sile rzadko spotykanej latem.
Ostrzeżenia IMGW trzeciego stopnia, wiatr w porywach do 120 km/h oraz sztorm sięgający 9 stopni w skali Beauforta skutecznie odstraszyły urlopowiczów.
Dla właścicieli nadmorskich biznesów to dramatyczny scenariusz. Współczesny turysta zmienił nawyki, nie rezerwuje już ciemno noclegów z półrocznym wyprzedzeniem. Decyzje podejmowane są pod wpływem prognozy pogody w smartfonie. Gdy ta pokazuje deszcz i kilkanaście stopni, rezerwacje „last minute” oraz weekendowe przyjazdy zamierają w kilka minut.
Gdy nie ma słońca, obroty spadają o kilkadziesiąt procent. Ludzie zostają w pokojach albo uciekają do krytych aquaparków. Ryby w smażalni czy gofry na deptaku przegrywają z pogodą – mówi nam jeden z restauratorów z Mielna.
Czerwone flagi i zamknięte kąpieliska
Sytuację potęguje fakt, że ekstremalne warunki zmusiły ratowników do podjęcia radykalnych kroków. W wielu miejscach, w tym na popularnych plażach w Gdańsku (strefy Orle i Świbno) czy na Pomorzu Zachodnim, wprowadzono bezwzględny zakaz wchodzenia do wody. Wysokie fale i zdradliwe prądy wsteczne stanowią śmiertelne zagrożenie.
W efekcie blisko 140 kąpielisk w kraju zostało czasowo zamkniętych.
Czy to oznacza, że tegoroczny sezon nad Bałtykiem można spisać na straty? Eksperci uspokajają, polskie morze wielokrotnie pokazywało, że po wielkich ulewach przychodzi nagła fala upałów. Hotelarze i restauratorzy modlą się o zmianę cyrkulacji powietrza, bo w branży sezonowej każdy słoneczny weekend jest na wagę złota. Na ten moment jednak ci, którzy wybrali urlop w pierwszej połowie lipca, muszą wykazać się ogromną cierpliwością i grubym portfelem, bo koszty alternatywnych, zadaszonych atrakcji potrafią nad polskim morzem mocno uderzyć po kieszeni.
źr. wPolsce24 za FB/@Międzyzdroje/Radio Zet











