Sprawa dotyczy ponad 700 tys. ton węgla, który po wprowadzeniu embarga na surowiec z Rosji miał zabezpieczyć rynek przed kryzysem energetycznym i niedoborami opału dla gospodarstw domowych. Według ustaleń medialnych część tego węgla zalega na składowiskach, a eksperci RARS uznali, że znacząca ilość – ponad 750 tys. ton – wymaga przesiania, by odzyskać choć część wartości.
Decyzja w warunkach kryzysu
W lipcu 2022 roku, po rosyjskiej inwazji na Ukrainę i wprowadzeniu przez Sejm zakazu importu węgla z Rosji, rząd zdecydował o pilnym sprowadzeniu surowca z innych kierunków – m.in. z Kolumbii, RPA i Australii. Polecenie dotyczyło kilku milionów ton węgla i było reakcją na realne ryzyko niedoborów przed sezonem grzewczym.
Dziś sprawa wraca w zupełnie innym kontekście. Najwyższa Izba Kontroli wskazywała w swoim raporcie, że w tamtym czasie trudno było precyzyjnie oszacować realne zapotrzebowanie rynku. Decyzje zapadały w warunkach ogromnej niepewności – przy gwałtownym odcięciu od rosyjskiego surowca, który wcześniej stanowił istotną część importu.
Polityczny spór o odpowiedzialność
Krytycy ówczesnego rządu podnoszą dziś argument o stratach finansowych i jakości sprowadzanego węgla. Zwolennicy tamtych działań odpowiadają, że priorytetem było uniknięcie scenariusza, w którym Polakom zabrakłoby opału zimą.
Spór nabiera dodatkowych emocji w kontekście obecnych problemów na rynku paliw stałych – m.in. niedoborów pelletu w trakcie mroźnej zimy. Dla części opinii publicznej rodzi to pytanie, czy decyzje podejmowane w 2022 roku nie były próbą zabezpieczenia kraju przed właśnie takim kryzysem.
Postępowanie prokuratury ma wyjaśnić, czy doszło do nieprawidłowości i czy Skarb Państwa poniósł straty w wyniku konkretnych decyzji. Politycznie jednak sprawa już stała się kolejnym polem ostrego sporu między obecną władzą a poprzednim rządem.
Dziś kłamstwo wyszło na jaw
Warto też przypomnieć, że zarzut o „sprowadzanie ruskiego węgla” był jednym z głównych politycznych haseł wykorzystywanych przed wyborami w 2023 roku przez środowisko skupione wokół Donalda Tuska. Narracja ta miała uderzać w wiarygodność rządu i budować obraz niekonsekwencji wobec Moskwy.
Tymczasem decyzja o imporcie surowca z innych kierunków zapadła już po wprowadzeniu embarga na Rosję i była reakcją na nagłe odcięcie dostaw. Dziś, gdy sprawa trafia do prokuratury, widać, jak bardzo fałszywe, ale politycznie nośne były tamte oskarżenia – oraz jak skomplikowana była rzeczywistość energetyczna w warunkach wojny i gwałtownego kryzysu surowcowego.
Można też domniemywać, że gdyby dziś rządziła Zjednoczona Prawica, a szefem rządu był Mateusz Morawiecki, to na rynku w Polsce nie tylko nie brakowałoby pelletu, ale być może byłby on nim nasycony aż w nadmiarze.
źr. wPolsce24 za Radiozet.pl