Unijne „prawo do naprawy” to fikcja? Wymiana części wciąż droższa niż nowy sprzęt

Zgodnie z unijnymi założeniami konsumenci mieli łatwiej i taniej przywracać do życia pralki, ekspresy czy telefony. Rzeczywistość rynkowa brutalnie jednak zweryfikowała brukselskie pomysły. Z najnowszych kontroli wynika, że korporacje bez trudu omijają szczytne cele, a portfele klientów wciąż są drenowane.
Bateria za ponad 1000 zł i instrukcje widmo
Wspólny audyt ponad 7 tys. wpisów w unijnym rejestrze produktów, przeprowadzony przez koalicję Right to Repair Europe i serwis iFixit, ujawnił poziom zgodności określony wprost jako „opłakany”:
- 80 proc. pozycji dotyczących smartfonów nie zawierało użytecznych instrukcji naprawy ani cenników części zamiennych (prawie połowa nie miała ich wcale).
- W przypadku suszarek bębnowych połowa sprawdzonych modeli była całkowicie niezgodna z unijnymi wymogami.
- Zamiast oficjalnych kanałów dystrybucji, niektórzy producenci bezczelnie odsyłali klientów do zakupów części na platformach takich jak Temu czy AliExpress, a w 8 proc. przypadków ograniczano się do adnotacji „zobacz w instrukcji” – bez żadnego odnośnika.
Kontrola przeprowadzona w czerwcu 2026 roku przez organizację konsumencką BEUC w sześciu krajach UE unaoczniła skalę drożyzny. Bateria do odkurzacza akumulatorowego potrafi kosztować aż 281 euro (56 proc. ceny urządzenia), a ekrany do flagowych smartfonów przekraczają 400 euro – i to bez doliczania kosztów przesyłki oraz robocizny! Tymczasem, jak wynika z badań agencji ADEME, europejski konsument rezygnuje z naprawy, gdy jej łączny koszt przekracza 20–30 proc. pierwotnej wartości sprzętu.
Kosmiczna robocizna i brak limitów
Sam zakup podzespołu to dopiero początek wydatków, bo prawdziwy szok przynosi rachunek za pracę serwisanta. Z unijnych danych dotyczących naprawy ekspresów do kawy wynika, że przy średnim rachunku sięgającym 83 euro, koszt samej części to zaledwie 15 euro – resztę, czyli 68 euro, pochłania robocizna. Z kolei w Belgii sam przyjazd fachowca do małego AGD to wydatek rzędu 100 euro przy medianie ceny nowego sprzętu wynoszącej 160 euro. Efekt? Według badań aż 61 proc. konsumentów rezygnuje z serwisu po gwarancji wyłącznie przez koszty.
Największą wadą unijnego prawa pozostaje brak precyzji. Dyrektywa nakazuje, by ceny części były „rozsądne”, ale nie wprowadza żadnych sztywnych limitów. Sprawozdawca PE René Repasi wprost alarmuje, że plastikowy element o wartości 10 centów producenci potrafią wyceniać na 350 euro, wykorzystując brak jasnych definicji prawnych.
Do tego dochodzi cyfrowe blokowanie zamienników za pomocą tzw. „parowania części” w oprogramowaniu oraz patenty blokujące tańszą konkurencję. W efekcie producentom wciąż bardziej opłaca się sprzedać nowe urządzenie niż naprawiać stare – a unijne „prawo do naprawy” zamiast chronić kieszenie obywateli, stało się kolejnym martwym przepisem.
źr. wPolsce24 za Right to Repair Europe/iFixit/BEUC









