Ogromne zyski kosztem zwykłych ludzi. Niemcy w końcu odkryli, kto zarabia na drogiej energii i transformacji energetycznej

Jak donosi „Süddeutsche Zeitung”, podczas gdy niemieckie rodziny i dogorywający przemysł ledwo wiążą koniec z końcem przez najwyższe rachunki za prąd w Europie, regionalni operatorzy sieci elektroenergetycznych (Stromnetzbetreiber) notują rekordowe, wręcz bezczelne zyski.
Z analizy przedstawionej przez Federalny Związek Nowej Gospodarki Energetycznej, na którą powołują się niemieckie media, wyłania się obraz monstrualnej patologii. W 2024 roku najwięksi regionalni operatorzy sieci wygenerowali marże i stopy zwrotu z kapitału sięgające blisko 24 procent. W normalnych warunkach rynkowych taka rentowność w sektorze infrastruktury krytycznej byłaby sukcesem. Problem w tym, że w Niemczech nie ma już wolnego rynku – jest centralnie sterowana, ideologiczna dystopia.
Biznes na koszt podatnika
Niemiecki system został skonstruowany tak, że operatorzy sieci mają prawnie zagwarantowane zyski, które są bezpośrednio przerzucane na konsumentów w formie tzw. opłat sieciowych (Netzgebühren). Niezależnie od tego, jak bardzo niewydolny jest system, oligarchia energetyczna zarabia miliardy, czy to nie brzmi znajomo?
Najbardziej porażający jest jednak fakt, że te gigantyczne transfery finansowe idą w parze z kompletną katastrofą modernizacyjną. Przebudowa i rozbudowa sieci – kluczowa, by spiąć kapryśne, zależne od pogody farmy wiatrowe z północy z przemysłowym południem – dramatycznie kuleje. Niemcy płacą gigantyczne haracze w rachunkach za prąd nie za nowoczesną infrastrukturę, ale za utrzymanie przy życiu systemu, który bez miliardowych kroplówek z budżetu federalnego dawno uległby samozniszczeniu.
Przebudzenie z ręką w nocniku
Przez lata polska i europejska prawica ostrzegała: ślepy pęd ku radykalnej dekarbonizacji i likwidacja stabilnych źródeł energii (w tym nowoczesnych elektrowni jądrowych, które Niemcy w przypływie ideologicznego szaleństwa zamknęli) doprowadzi do ruiny gospodarczej. Wtedy nadwiślańscy i berlińscy postępowcy pukali się w czoło.
Dziś karta się odwraca. Kiedy flagowy publicystyczny organ niemieckiej liberalnej lewicy, jakim jest „Süddeutsche Zeitung”, zmuszony jest pisać o tym, że obywatele są łupieni przez monopolistów pod płaszczykiem walki o klimat, wiemy, że grunt pali się Berlinowi pod nogami. Niemiecka klasa średnia powoli zaczyna rozumieć, za co tak naprawdę płaci. Nie płaci za „ratowanie planety”. Płaci za gigantyczne premie zarządów spółek energetycznych i za reanimację chorych dogmatów partii Zielonych.
Lekcja dla Polski
Dla nas, Polaków, ta sytuacja powinna być ostatecznym ostrzeżeniem. Berlin, który przez lata próbował (i rękami swoich politycznych namiestników w Warszawie nadal próbuje) narzucić całej Unii Europejskiej model transformacji energetycznej, sam tonie w kosztach własnego dogmatyzmu. Niemiecki przemysł ucieka do USA i Azji, a obywatele z zazdrością patrzą na kraje, które postawiły na atom i zdrowy rozsądek.
Czas skończyć z naiwnym kopiowaniem niemieckich błędów. Skoro nawet za Odrą lewicowi publicyści zaczynają przecierać oczy ze zdumienia i dostrzegać, że „zielony król jest nagi”, polski rząd powinien natychmiast zrewidować wszelkie unijne zobowiązania klimatyczne, zanim obudzimy się w tej samej rzeczywistości: z pustym portfelem, niedziałającą siecią i 24-procentową rentownością koncernów, opłacaną z naszych ciężko zarobionych pieniędzy.
źr. wPolsce24 za "Süddeutsche Zeitung"











