Skandal w Inspekcji. Urzędnicy potwierdzają: „Skończyły się pieniądze na kontrolę polskiego mięsa”

Przed naszą wczorajszą publikacją dotyczącą dramatycznej sytuacji w rzeźniach i braku wypłat dla Urzędowych Lekarzy Weterynarii (ULW), redakcja zwróciła się z oficjalnymi pytaniami do Ministerstwa Finansów oraz Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Odpowiedzi – a właściwie ich charakter – obnażają całkowitą bezradność i chaos w strukturach państwowych.
Ministerstwo Finansów umywa ręce, MRiRW milczy
Ministerstwo Finansów uznało, że problem braku funduszy na kluczowy sektor bezpieczeństwa żywnościowego państwa... go nie dotyczy:
Sugerujemy kontakt z Ministerstwem Rolnictwa i Rozwoju Wsi jako właściwym w tym temacie” – ucięło krótko biuro prasowe resortu finansów.
Resort rolnictwa do momentu publikacji niniejszego materiału nie przesłał odpowiedzi.
Przełomowa i zarazem zatrważająca informacja nadeszła jednak z terenu – od Wojewódzkiego Inspektoratu Weterynarii w Siedlcach (woj. mazowieckie).
Zastępca Mazowieckiego Wojewódzkiego Lekarza Weterynarii, lek. wet. Anna Duras, oficjalnie potwierdziła, że państwowa kasa jest pusta:
„Środki na wypłaty przewidziane w ustawie budżetowej dla lekarzy wyznaczonych wyczerpały się. Zobowiązania za czynności wykonywane przez lekarzy wyznaczonych są znaczące i na bieżąco zgłaszane Głównemu Lekarzowi Weterynarii. Obecnie czekamy na uzyskanie zgody od Głównego Lekarza Weterynarii na złożenie wniosku o rezerwę celową” – czytamy w odpowiedzi nadesłanej do redakcji.
Inspektorat dodał wprawdzie, że część zaległości w sierpniu udało się załatać środkami z rezerwy wojewody mazowieckiego, jednak to zaledwie kropla w morzu potrzeb. Z informacji płynących z branżowych forów wynika, że problem nie dotyczy wyłącznie Mazowsza – zapaść finansowa uderza m.in. w Wielkopolskę i kolejne regiony kraju.
Jak to wygląda w praktyce. ULW nadzorują zakład. Po miesiącu nadzoru wystawiana jest przez Inspekcję nota obciążeniowa dla zakładu. Zakład płaci na indywidualny rachunek konkretnego PIW. Ten rachunek jest zarządzany przez ministerstwo (PIW nie może zarządzać finansami). W efekcie są to pieniądze budżetu.
Dlaczego zatem lekarze nie dostają pieniędzy? Ponieważ z budżetu nie wróciły. Wynagradzanie ULW wygląda następująco. Powiatowy Lekarz Weterynarii zgłasza zapotrzebowanie do Wojewódzkiego Inspektoratu Weterynarii, ten do wojewody, potem jest MRiRW i na koniec MF.
Na jakim etapie się pieniądze wyczerpały? Trudno powiedziec. Według przepisów rząd może dokonać przesunięć budżetu, o ile zachodzi taka potrzeba. To doprowadza do obcięcia budżetów w poszczególnych departamentach ministerstw. I najprawdopodobniej z tym mamy do czynienia obecnie. Pieniądze wydano na inne cele: odszkodowania, na walkę z ptasią grypą i ASF, bo przecież dla urzędników to wszystko "jeden worek". Tylko dlaczego koszty ponoszą weterynarze?
Bezpieczeństwo eksportu na kredyt weterynarzy
Sytuacja jest bezprecedensowa. Z danych resortu rolnictwa wynika, że w Polsce czynności urzędowe wykonuje ponad 5 tysięcy wyznaczonych urzędowych lekarzy weterynarii. To na ich barkach spoczywa nadzór nad ubojem bydła, trzody i drobiu oraz monitoring zakaźnych chorób zwierząt.
Szczególnie bulwersuje fakt, że brak płynności dotyka programu monitoringu chorób zakaźnych, za który lekarze nie otrzymują wynagrodzeń już od marca. To właśnie dzięki ich kilkunastoletniej, tytanicznej pracy w terenie Polska uzyskała status kraju wolnego od trzech groźnych chorób bydła: gruźlicy, brucelozy i enzootycznej białaczki bydła.
Status ten był bezwzględnym warunkiem otwarcia rynków trzecich i ekspansji polskiej wołowiny na cały świat – czym przedstawiciele rządu i Głównego Inspektoratu Weterynarii chętnie chwalą się podczas zagranicznych misji gospodarczych. Sukces ten ufundowano jednak pracą ludzi, którym dziś państwo nie płaci, licząc na to, że „z poczucia obowiązku” i tak pojawią się w gospodarstwach i zakładach mięsnych.
Stawki z 2011 roku i fikcja podwyżek
Frustrację środowiska potęguje fakt, że urzędowi lekarze weterynarii wykonują wysoce specjalistyczną, odpowiedzialną pracę według taryfikatora, który... nie był waloryzowany od 2011 roku. Próbę zmian podjął minister Henryk Kowalczyk w rządzie PiS, ale po zmianie władzy proponowane rozwiązania przepadły.
Z kolei przedstawiony niedawno przez ministerstwo projekt nowego rozporządzenia w sprawie wynagrodzeń spotkał się z miażdżącą krytyką samorządu lekarsko-weterynaryjnego. Krajowa Izba Lekarsko-Weterynaryjna (KILW) wydała skrajnie negatywną opinię o dokumencie, wskazując m.in., że:
-
Proponowane stawki nadal nie pokrywają realnych kosztów prowadzenia działalności i dojazdów;
-
Rządowe propozycje rozmijają się z realiami rynkowymi i nie rozwiązują kryzysu kadrowego w inspekcji;
-
Państwo próbuje nakładać kolejne obowiązki i rygory bez zapewnienia stabilnego, godnego finansowania.
Rzeźnie staną?
Jeżeli rząd natychmiast nie uruchomi rezerwy celowej i nie ureguluje narastających od miesięcy zaległości, polskiemu sektorowi mięsnemu grozi paraliż. Bez pieczęci i obecności urzędowego lekarza weterynarii żaden legalny ubój nie może się odbyć, a towar nie opuści zakładu.
Dziś bezpieczeństwo żywnościowe milionów Polaków oraz wielomiliardowy eksport opierają się wyłącznie na cierpliwości weterynarzy. Ta jednak gwałtownie się kończy.
To jednak nie koniec, z informacji, które otrzymujemy wynika, że na podobne problemy skarżą się również inspektorzy innych organów kontrolnych, m. in. IJHARS. Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, sprawuje nadzór nad jakością handlową artykułów rolno-spożywczych w produkcji i obrocie, w tym wywożonych za granicę, kontrolę jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych sprowadzanych z zagranicy, w tym kontrolę graniczną tych artykułów, dokonywanie oceny i wydawanie świadectw w zakresie jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych.
Do sprawy będziemy wracać.
źr. wPolsce24











