Szef Volkswagena wyszedł do pracowników. Takiej reakcji w Wolfsburgu się nie spodziewał

Scena jak z kiepskiego filmu o korporacyjnej głupocie. W siedzibie Volkswagena w Wolfsburgu szef koncernu Oliver Blume staje przed dziesiątkami tysięcy pracowników i z powagą godną lepszej sprawy oznajmia, że trzeba „się zjednoczyć”. I rzeczywiście – pracownicy jednoczą się... w gwizdaniu. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której prezes firmy przychodzi do załogi z planem zwolnień sięgającym 50 tysięcy osób i mówi o „dobrowolnych odejściach” oraz „naturalnej fluktuacji”?
„Teoretyczna kalkulacja” czy cyniczne zagrywki?
Blume przekonuje, że plan cięć to nie cel, a „teoretyczna kalkulacja”. Tyle że dla pracowników, którzy za chwilę mogą stracić zatrudnienie i źródło dochodu, ta „teoria” ma bardzo realne konsekwencje. Połowa z 50 tysięcy etatów ma zniknąć właśnie w Niemczech. A cztery zakłady – w Emden, Zwickau, Neckarsulm i Hanowerze – od 2030 roku mają nie produkować już samochodów. Osnabrück? Produkcja kończy się już w przyszłym roku.
Szef koncernu tłumaczy to wszystko kosztami, które są rzekomo o 30 proc. wyższe niż u konkurencji. Ale czy to wina robotników, że zarząd przez lata nie potrafił przygotować firmy na konkurencję z Chin i cła Trumpa? Czy to szeregowi pracownicy odpowiadają za fatalną strategię, która doprowadziła Volkswagena na krawędź?
„Nasze zaufanie jest uszkodzone”
Najdobitniej podsumowała to Daniela Cavallo, szefowa rady zakładowej VW. Jej słowa powinny wybrzmieć w całej Europie: „Nasze zaufanie do zarządu koncernu, a zwłaszcza do jego prezesa Olivera Blume, zostało uszkodzone. Nie jest jeszcze nieodwracalnie zniszczone, ale uszkodzone”.
To dyplomatyczne, ale przerażająco wymowne określenie. Cavallo mówi w zasadzie: jeszcze nam nie do końca ufamy, ale już prawie. A Blume, zamiast odbudowywać to zaufanie, staje przed załogą i każe im „się zjednoczyć” w obliczu masowych zwolnień. To jakby podpalać dom i wzywać domowników do wspólnego gaszenia – z tą różnicą, że to on trzyma zapalniczkę.
Fabryki na sprzedaż? Nie, na amunicję i chińskie auta
Wśród „genialnych” pomysłów Blume na uratowanie fabryk jest... przekierowanie produkcji na przemysł zbrojeniowy oraz wytwarzanie w Niemczech samochodów elektrycznych przeznaczonych na sprzedaż w Chinach. Bo oczywiście, nic nie budzi zaufania załogi jak perspektywa robienia czołgów zamiast samochodów.
A co z tymi, którzy przez lata budowali markę? Co z rodzinami, które od pokoleń pracują w Wolfsburgu? Dla Blume'a to tylko liczby w arkuszu kalkulacyjnym. „Korekty bilansowe” – jak trafnie ujęli to sami pracownicy.
Kto naprawdę powinien się „zjednoczyć”?
Blume mówi o „największym programie transformacji w historii firmy”. Tylko że transformacja ta odbywa się kosztem tych, którzy są najsłabsi. To nie zarząd poniesie konsekwencje cięć. To nie Blume będzie stał w kolejce po zasiłek. To nie on będzie tłumaczył dzieciom, że tata stracił pracę.
Bo jeśli dla szefa Volkswagena 50 tysięcy zwolnień to tylko „teoretyczna kalkulacja”, to może najwyższy czas, żeby ktoś jemu przedstawił kalkulację jego własnej przyszłości w VW. Według niektórych analityków, po prawie czterech latach u steru Blume może znaleźć się pod rosnącą presją. I być może to właśnie on powinien zacząć się zastanawiać, czy jego miejsce nie jest wśród tych „teoretycznych” cięć.
źr. wPolsce za The Guardian











