Niemiecki gigant motoryzacyjny nad przepaścią. Ogromne problemy znanej marki, którą uwielbiają Polacy

Dla nikogo, kto z uwagą śledzi procesy gospodarcze u naszych zachodnich sąsiadów, atmosfera podczas tegorocznego walnego nie była zaskoczeniem.
O ile w przypadku BMW niedawne ostrzeżenia o niższych zyskach wywołały pewien szok, o tyle w Volkswagenie stan permanentnego kryzysu stał się już smutną codziennością. Akcjonariusze, tradycyjnie wykorzystujący to forum do rozliczenia menedżerów, tym razem dali upust wściekłości, która narastała w nich od miesięcy.
Ofiary „Zielonego Ładu” i brukselskiego dyktatu
Głównym źródłem problemów Volkswagena jest potężny kryzys strukturalny, wywołany w dużej mierze przez unijny i berliński dogmatyzm klimatyczny. Ślepe postawienie na elektromobilność – wbrew realiom rynkowym i sygnałom płynącym od konsumentów – doprowadziło koncern na skraj przepaści. Wymuszone przez Brukselę odchodzenie od silników spalinowych na rzecz niesprzedających się aut elektrycznych (EV) skutkuje dziś gigantycznymi dysproporcjami produkcyjnymi.
Szef koncernu, Oliver Blume, już wcześniej w wywiadach otwarcie przyznawał, że tzw. nadwyżki produkcyjne są dla firmy „nie do utrzymania w dłuższej perspektywie”.
Strategia na najbliższe lata? Zamiast walki o klienta – drastyczne kurczenie się, zamykanie historycznych niemieckich zakładów i masowe zwolnienia pracowników. Niemiecki gigant, zamiast produkować nowoczesne i pożądane auta, woli sztucznie zwijać swój biznes, aby dopasować się do unijnych limitów emisji CO₂.
Kiedy związki zawodowe i politycy rządzą fabryką
Tragedia Volkswagena polega również na jego specyficznej, głęboko upolitycznionej strukturze właścicielskiej. Silne wpływy landu Dolna Saksonia oraz wszechwładne, powiązane z lewicą i socjaldemokratami związki zawodowe (IG Metall) przez lata blokowały jakiekolwiek realne, rynkowe reformy. Zamiast elastycznego zarządzania, postawiono na ochronę ideologicznego status quo i ślepe dążenie za unijnymi trendami.
Dziś, gdy na horyzoncie majaczy potężny program cięć budżetowych, koszty tych zaniechań poniosą zwykli pracownicy oraz drobni inwestorzy. Ci drudzy z przerażeniem patrzą na topniejącą wartość swoich portfeli i topniejące dywidendy, podczas gdy zarząd wciąż próbuje pudrować rzeczywistość, uciekając w format wirtualnych spotkań, byle tylko uniknąć bezpośredniego starcia z wściekłym tłumem na tradycyjnej sali konferencyjnej.
Koniec pewnej epoki
Kryzys w Wolfsburgu to nie jest odosobniony przypadek pechowego zarządzania. To wyraźne ostrzeżenie i symboliczny koniec epoki „Das Auto” – ery, w której niemiecka inżynieria i wolny rynek nadawały rozpędu potędze gospodarczej Europy. Dziś te wartości zostały złożone na ołtarzu klimatycznego progresywizmu. Pytanie brzmi: ile jeszcze flagowych przedsiębiorstw musi upaść, zanim europejskie elity zrozumieją, że gospodarki nie da się zadekretować unijnym rozporządzeniem?
Możemy mieć krytyczny stosunek do Niemców i Niemiec, ale przez lata, produkty zza Odry symbolizowały solidność i jakość i były doskonałym wyborem dla osób, które chciały mieć dobry produkt warty swojej ceny. Dziś, stają się cieniem samych siebie. I nie chodzi tylko o motoryzację, ale też AGD, RTV czy chemię gospodarczą.
źr. wPolsce24 za sueddeutsche.de











