Niemcy majstrują przy prawie pracy. Dla polskich pracowników może to oznaczać problem

Niemiecki krajobraz gospodarczy stoi u progu fundamentalnej zmiany. Jak donosi „Süddeutsche Zeitung”, tamtejsze Ministerstwo Pracy oraz potężna konfederacja związków zawodowych DGB (Deutscher Gewerkschaftsbund) intensyfikują prace nad nowelizacją Arbeitszeitgesetz – ustawy o czasie pracy, która od dekad stanowiła fundament niemieckiego „ordnungu”.
Koniec ośmiogodzinnej zmiany?
Głównym założeniem reformy jest odejście od sztywnego, dziennego limitu 8 godzin pracy na rzecz limitu tygodniowego. Teoretycznie ma to pozwolić pracownikom na lepsze zarządzanie życiem prywatnym – np. pracę przez cztery dni po 10 godzin w zamian za trzydniowy weekend. Jednak krytycy zauważają, że taka „elastyczność” to broń obosieczna.
W środowiskach konserwatywnych rodzi się pytanie: czy rozmycie dobowych norm nie doprowadzi do sytuacji, w której pracodawcy będą wywierać presję na ekstremalne wydłużanie dnia pracy w okresach spiętrzeń zamówień? Eksperci ostrzegają, że 10-godzinny dzień pracy to prosta droga do wypalenia zawodowego i osłabienia więzi rodzinnych, które i tak w nowoczesnym społeczeństwie są wystawione na ciężką próbę.
To, co Berlin nazywa postępem, często okazuje się ideologicznym eksperymentem na żywym organizmie gospodarki. Niemcy, borykające się ze stagnacją, szukają ratunku w rozwiązaniach, które mogą uderzyć w samą podstawę wydajności”.
Ideologia zamiast gospodarki
Nie da się ukryć, że za zmianami stoi silne lobby lewicowe i progresywne, które od dawna forsuje koncepcję czterodniowego tygodnia pracy. W Niemczech testy w kilkudziesięciu firmach już trwają. Argumentem ma być rzekomy wzrost produktywności, ale wielu ekonomistów patrzy na te dane z dużym sceptycyzmem. Czy gospodarka oparta na usługach i wysokich technologiach rzeczywiście może pozwolić sobie na systematyczne ograniczanie obecności pracownika w firmie? I przede wszystkim, kto poniesie koszty takich reform.
Czytaj także:
Skandal w UE? 10 miliardów euro z Funduszu Odbudowy "utonęło" w emeryturach
Miliony na kontach prezesów państwowych spółek. Ujawniono zarobki szefów
Pojawia się również kolejne zagrożenie. O ile Niemcy zatrudnieni na etatach raczej nie muszą obawiać się o swoją pozycję, to już zatrudnieni pracownicy zarobkowi z innych krajów, w tym Polacy, którzy pozostają "robotnikami drugiej kategorii", mogą spodziewać się, że ich sytuacja raczej nie ulegnie poprawie, a co więcej w ramach swoich dodatkowych obowiązków, będą musieli "łatać dziury" po swoich niemieckich kolegach. Ciężko bowiem wyobrazić sobie, by niemieckie firmy wstrzymały produkcje lub drastycznie zwiększyły koszty swojej działalności poprzez zatrudnianie kolejnych osób.
Pieśń przyszłości, czy realna perspektywa?
Dla polskiego przedsiębiorcy i pracownika niemieckie pomysły brzmią jak pieśń przyszłości, ale historia uczy, że to, co dziś dzieje się nad Sprewą, jutro staje się przedmiotem debat w Warszawie. Polska, pod rządami Tuska będąca na etapie „pogoni za Berlinem”, staje przed dylematem: chronić tradycyjny model pracy czy ulec modzie na teoretyczny work-life balance, który w praktyce może oznaczać, jeszcze więcej obowiązków i nieplanowane wolne.
Choć w teorii proponowane rozwiązania brzmią kusząco, w praktyce, jeżeli nie będą przeprowadzane z głową, mogą prowadzić do nadużyć i kolejnego pola do wykorzystywania pracownika. Być może w Niemczech, gdzie rynek pracy wciąż jest "rynkiem pracownika", szczególnie w przypadku niemieckojęzycznych obywateli tego kraju, ma to sens, jednak w Polsce, w której bezrobocie rośnie i dominuje model, w którym to pracodawca ma pozycję uprzywilejowaną w stosunku do osób zatrudnionych, może pojawić się ryzyko, że koszty takich rozwiązań poniosą właśnie pracownicy, "na których miejsce czeka kolejka innych osób", jak zwykli mawiać niektórzy menadżerowie.
źr. wPolsce24 za „Süddeutsche Zeitung”











