Bruksela nie odpuszcza polskim rolnikom. Żąda otwarcia granic dla ukraińskiego zboża

Chaos na Węgrzech jako pretekst do ataku na Warszawę
14 maja nowy węgierski parlament pod wodzą Petera Magyara w ekspresowym tempie znosił stan wyjątkowy. W wyniku zwykłego niedopatrzenia automatycznie wygasło embargo na ukraińską żywność nałożone jeszcze przez rząd Viktora Orbana. Gdy tylko zorientowano się w błędzie, premier Magyar natychmiast przywrócił blokadę.
Bruksela nie mogła przepuścić takiej okazji. Komisja Europejska błyskawicznie wykorzystała sytuację, by wysłać jasny sygnał nie tylko do Budapesztu, ale przede wszystkim do Warszawy i Bratysławy: jednostronne ograniczenia importu ukraińskiego zboża „nie mają uzasadnienia ekonomicznego” i muszą zostać zniesione.
Jeden z licznych rzeczników KE Thomas Regnier stwierdził wprost: „Nie uważamy, aby te środki, które grożą fragmentaryzacją jednolitego rynku, były uzasadnione”.
Polskie embargo pod lupą Brukseli
W przypadku Polski chodzi o zakaz importu ukraińskiej pszenicy, kukurydzy, rzepaku, słonecznika oraz produktów pochodzących z ich przetwórstwa (m.in. śruty). Te ograniczenia chronią polski rynek przed dumpingowym importem, który w latach 2022-2023 doprowadził do dramatycznych problemów polskich rolników – masowych protestów, blokad dróg i spadku cen skupu poniżej kosztów produkcji.
Komisarz ds. rolnictwa Christophe Hansen po wtorkowym spotkaniu ministrów podkreślał, że nowa umowa handlowa z Ukrainą (przyjęta w październiku 2025) zawiera rzekomo „optymalne limity” i „specjalne klauzule ochronne”. Według Brukseli wszystko jest pod kontrolą i nie ma potrzeby krajowych embarg.
W rzeczywistości unijni urzędnicy są wyraźnie poirytowani tym, że Polska, Węgry i Słowacja nadal bronią swoich rolników.
Frustracja w KE i „proeuropejski” Magyar
Jak ustaliła jako pierwsza wieloletnia korespondentka RMF FM w Brukseli Katarzyna Szymańska-Borginion, w dyrekcji ds. handlu panuje spora frustracja z powodu „łamania unijnego prawa” przez kraje Grupy Wyszehradzkiej. Unijni dygnitarze przekonują, że nowa umowa handlowa „została skrojona pod wymagania tych krajów”.
Na razie KE unika ostrych gróźb karnych i stawia na „dialog”. Zdaje sobie sprawę, że siłowe otwarcie granic mogłoby wywołać nową falę rolniczych protestów. Jednocześnie widzi w Peterze Magyarze „proeuropejskiego partnera”, dlatego na Węgry na razie przymyka oko – Magyar gra przecież na użytek wewnętrzny.
Dla polskich rolników wniosek jest jeden: Bruksela nigdy nie zrozumie realiów polskiego rolnictwa i zawsze będzie szukała pretekstu, by otworzyć szeroko wrota dla ukraińskiego zboża – nawet jeśli miałoby to oznaczać dalsze zniszczenie opłacalności produkcji w Polsce.
źr. wPolsce24 za rmf24.pl











