Tajemnicza zaraza dziesiątkuje wróble. Eksperci alarmują: to groźba plagi szkodników

70 procent w zaledwie kilka lat
Statystyki z Berlina – miasta dotąd uznawanego za europejską „stolicę wróbli” – są porażające. Niemieccy ornitolodzy, w tym biolog Jörg Böhner z Berlińskiego Towarzystwa Ornitologicznego (BOA), alarmują: od 2021 roku liczba wróbli domowych spadła tam aż o 70 procent. Ptaki, które jeszcze niedawno gniazdowały w liczbie blisko 200 tysięcy par, znikają w tempie lawinowym.
Co kluczowe, ornitolodzy odrzucają powierzchowne tezy wysuwane często przez aktywistów. Gdyby brakowało pożywienia, identyczny los spotkałby inne gatunki ptaków śpiewających – tymczasem one nie notują tak drastycznego tąpnięcia. Nie brakuje też miejsc lęgowych; bezpieczne szczeliny i zakamarki pozostają po prostu puste. Sprawa ma podłoże stricte epidemiologiczne.
Malaria ptasia: cichy zabójca z powietrza
Głównym podejrzanym naukowców jest ptasia malaria wywoływana przez pasożyty krwi z rodzaju Plasmodium, przenoszone przez komary. Doświadczenia z wcześniejszych badań w Londynie jednoznacznie dowiodły, że infekcje te uderzają w układ krwionośny i ogólną wydolność wróbli, prowadząc do masowego załamania ich przeżywalności.
Infekcja osłabia ptaki, niszczy ich naturalną odporność i uniemożliwia odchowanie młodych, dziesiątkując całe stada. Dla zżytych, wysoce stadnych społeczności wróbli, które od pokoleń zasiedlały stałe rewiry, rozprzestrzeniający się patogen oznacza biologiczną hekatombę.
Co grosze, jak donoszą polscy ornitolodzy, także nasza populacja tych sympatycznych ptaków zmalała w ciągu 10 lat o 20 proc.
Czym grozi brak wróbli? Powrót plag owadów
Zniknięcie wróbli to nie kwestia estetyki miejskiej, ale realne niebezpieczeństwo biologiczne i gospodarcze. Wróbel od wieków pełnił rolę niezastąpionego, naturalnego sanitariusza.
W XIX wieku ptaki te sprowadzano m.in. do Ameryki Północnej właśnie w jednym celu: jako broń przeciwko niszczycielskim plagom gąsienic, mszyc i chrząszczy niszczących uprawy oraz zieleń miejską. Jeden lęg wróbli w okresie karmienia piskląt pochłania tysiące szkodników dziennie.
Historia uczy, czym kończy się zachwianie tej równowagi:
-
Eksplozja populacji insektów: Brak naturalnego drapieżnika owadów to prosta droga do niekontrolowanego namnażania się mszyc, gąsienic i chrząszczy, co zagraża sadom, przydomowym uprawom i miejskiemu drzewostanowi.
-
Wzrost liczby kleszczy i komarów: Wróble żerujące przy ziemi i w gęstych krzewach ograniczają populację drobnych pasożytów. Ich brak oznacza więcej uciążliwych i roznoszących choroby owadów w bezpośrednim sąsiedztwie człowieka.
-
Przymus stosowania chemii: Gdy znikają ptaki regulujące liczebność szkodników w naturalny sposób, rolnicy i zarządcy zieleni zmuszeni są sięgać po kosztowne opryski chemiczne, generujące olbrzymie koszty dla rolnictwa i budżetów komunalnych.
Epidemia ptasiej malarii u wróbli to sygnał ostrzegawczy. Niekontrolowane rozprzestrzenianie się biologicznych chorób zakaźnych wśród ptactwa może w krótkim czasie zniszczyć naturalną barierę chroniącą nasze uprawy i otoczenie przed plagami szkodników. Zamiast ideologicznych debat potrzebne są rzetelne badania weterynaryjne i sanitarne monitorowanie roznosicieli chorób.
źr. wPolsce24 za FAZ









