Ludzie są zdezorientowani i przerażeni. Słyszą, że leczenie może się zakończyć, ale nikt nie potrafi jasno powiedzieć, co dalej. Jedna z pacjentek mówi wprost, że została pozostawiona sama sobie - bez informacji, bez planu, bez poczucia bezpieczeństwa. A przecież mówimy o chorobie, która nie wybacza przerw. W przypadku SM każdy miesiąc bez leczenia może oznaczać nieodwracalne pogorszenie zdrowia, utratę sprawności, a nawet samodzielności.
Tymczasem szpital tonie w długach liczonych w setkach milionów złotych. Brakuje pieniędzy na podstawowe funkcjonowanie, a co dopiero na drogie, specjalistyczne terapie. Hurtownie leków nie chcą już czekać na zapłatę i żądają pieniędzy z góry. Szpital ich nie ma, NFZ też nie, a pacjenci, którzy całe życie odprowadzali składki, są pozostawieni sami sobie.
Najbardziej bulwersujące w tej historii jest jednak to, że nikt nie chce wziąć odpowiedzialności. Instytucje przerzucają się winą, a urzędnicy zasłaniają procedurami. Państwo, które powinno być gwarantem bezpieczeństwa w najtrudniejszych momentach, nagle znika.
Jeśli w jednej publicznej placówce może zabraknąć pieniędzy na leczenie ciężkiej choroby, to znaczy, że tak może sie stać także w innych, i nikt nie może czuć się bezpiecznie.
A premier i jego minister zdrowia milczą.
źr. wPolsce24 za dorzeczy.pl