Skandaliczne słowa Arłukowicza do lekarza. Jak można wpaść na coś takiego?

Człowiek, który przed laty zasłynął jako orędownik sprywatyzowania służby zdrowia, najwyraźniej dalej utrzymuje, że służba zdrowia powinna być dla wybranych. Dał temu wyraz w wymianie zdań na portalu X z rzecznikiem Naczelnej Izby Lekarskiej Jakubem Kosikowskim.
System, który nie działa
Kosikowski wprost wskazuje, że problem nie dotyczy wyłącznie Krotoszyna. Oddziały onkologiczne w mniejszych ośrodkach są niedofinansowane, a ich funkcjonowanie staje się dla szpitali obciążeniem finansowym. Efekt? Ograniczanie przyjęć, a nawet widmo likwidacji.
To szczególnie niepokojące w kontekście rosnącej liczby zachorowań na nowotwory. Pacjenci z mniejszych miejscowości już dziś mają utrudniony dostęp do leczenia, a likwidacja kolejnych oddziałów tylko pogłębi ten kryzys.
Elity kontra rzeczywistość
W odpowiedzi na wpis lekarza, Arłukowicz postawił niewybredne pytanie: czy sam Kosikowski wysłałby bliską osobę na leczenie do powiatowego szpitala. Pomiąwszy już elementarny nietakt i brak ogłady Arłukowicz wykazał typowy przykład całkowitego braku wiedzy, typowego dla polityków oderwanych od rzeczywistości, jak funkcjonują zwykli obywatele. A przypomnijmy, ten człowiek odpowiadał kiedyś za służbę zdrowia.
Kosikowski odpowiedział rzeczowo, tłumacząc, że nowoczesna onkologia opiera się na podziale kompetencji skomplikowane operacje i diagnostyka – wykonywane są w wyspecjalizowanych centrach, leczenie uzupełniające (chemia, radioterapia) – jak najbliżej miejsca zamieszkania pacjenta.
To model zgodny z założeniami Krajowej Sieci Onkologicznej, która sama w sobie jest ułożona logicznie i obecny rząd jej, jak dotąd przecież nie kwestionował.
Kolejny raz "Polska powiatowa" zostawiona sama sobie
Najbardziej uderzający w tej dyskusji jest jednak inny wątek. Kosikowski zwraca uwagę na realne problemy pacjentów: wielogodzinne dojazdy, brak transportu publicznego, ogromne obciążenie psychiczne.
To rzeczywistość, której często nie widać z perspektywy Warszawy czy dużych ośrodków klinicznych. Tymczasem dla wielu pacjentów leczenie „blisko domu” nie jest luksusem – jest koniecznością.
Chociaż problemy coraz częściej dotykają też większych miast.
Jak ujawnia były wiceminister zdrowia i poseł PiS Janusz Cieszyński, nowe limity na badania, które zaproponował NFZ uderzają już w pacjentów w całym kraju. I mowa tu o badaniach, które są kluczowe dla profilaktyki i diagnostyki nowotworów takich jak kolanoskopia.
- Na Mokotowie. Na kolonoskopię w 2025 miała średnio 49881 pkt miesięcznie. W 2026 ma kontrakt 31166 pkt/mc. Zabieramy 40% różnicy i strata to 15% + zapłata w 2027. To wszystko w roku profilaktyki Kurtyna - napisał na portalu x.com Cieszyński.
Polityczne zaniedbania, system się sypie
Spór na X pokazuje coś więcej niż tylko różnicę zdań. Z jednej strony mamy polityków, w tym dawnych lekarzy, którzy kitel zamienili na garnitur i rządowe limuzyny, którzy chętnie zabierają głos w mediach społecznościowych. Z drugiej – lekarzy i pacjentów, którzy mierzą się z brutalną rzeczywistością niedofinansowanego systemu.
Efekt? Oddziały zamykają się po cichu, a pacjenci zostają bez dostępu do leczenia. Rachunek za zaniedbania polityków płacą jak zawsze najsłabsi – chorzy pacjenci. Bo dla Arłukowicza i jemu podobnych zawsze znajdzie się miejsce w szpitalu MSWiA. Dla Janka Nowaka z Krotoszyna, Kościerzyny czy Parczewa już niekoniecznie.
Co więcej, wszystko wskazuje na to, że za badania obrazowe będziemy musieli wykonywać sobie sami, prywatnie, bo NFZ zdecydował o drastycznym cięciu wydatków.
- Mimo naszego oporu rozporządzenie Prezesa @NFZ_GOV_PL weszło w życie. Od 1.04.2026 NFZ za pacjentów nadwykonania, czyli ponad plan zapłaci 50% kosztów za tomografie i reoznans, oraz 60% za kolono i gastroskopie - napisał rzecznik NIL Jakub Kosikowski.
Co to oznacza, dla przeciętnego Polaka? Że albo szpital przesunie z czegoś innego, gdzie i tak brakuje, albo ograniczy liczbę badań albo... będzie kierował nas na przyszłe lata. Mówimy o badaniach takich jak TK, które zlecane jest często w przypadkach nagłych. Rozwiązaniem może być oczywiście pokrycie brakujących 40-50 proc. z własnej kieszeni. Ale czy w tym przypadku możemy jeszcze mówić o publicznej służbie zdrowia?
źr. wPolsce24











