„Mam to w d…, nie wiem co mi jest, ale czuję się wyleczony”. Mocny głos o stanie służby zdrowia w Polsce

„Wypluwając skrzepy krwi z gardła… trochę się wystraszyłem, więc do lekarza – nawet ja!” – tak zaczyna swoją relację znany gdański fotoreporter Robert Kwiatek. To, co opisuje dalej, trudno uznać za jednostkowy przypadek. To raczej brutalny obraz systemu, z którym zderzają się tysiące pacjentów.
Po wizycie u lekarza wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku – szybkie RTG, skierowania „na cito” do specjalistów. Problem pojawił się przy próbie ich realizacji.
„Mam do wyboru: 679 dni, 1440 i 1744 dni”
Gdy autor próbował zapisać się na badania w ramach NFZ, usłyszał konkretne terminy: „Mam więc do wyboru – czas oczekiwania 679 dni, 1440 i 1744 dni”. To nie wszystko. W jego relacji pojawia się także scena z przychodni: „Starszy pan odchodzi i mówi, że coś ma na za 2 lata… raczej nie odbędzie się ta wizyta, z przyczyn biologicznych”.
Autor przyznaje, że rozważał skorzystanie z prywatnej opieki zdrowotnej, gdzie czas oczekiwania jest znacznie krótszy. Ostatecznie jednak nie zdecydował się na to rozwiązanie, wskazując na poczucie niesprawiedliwości wobec innych pacjentów.: „Mógłbym sięgnąć po moje świadczenia… ale jakoś nie miałem sumienia”.
Jednocześnie nie kryje frustracji: „Mam to w d..., tak dokładnie tam”. I dodaje wprost: „Bo co mi po wizycie, gdy już będę zdrowy?”
Gorzka puenta
Najbardziej uderzające są ostatnie słowa: „Ja już czuję się wyleczony, choć ani moja Pani doktor ani ja nie wiemy na co choruję, bo… do specjalisty się nie dostałem, na ‘CITO’!”
To nie tylko osobista historia. To diagnoza systemu, który w teorii ma działać szybko w nagłych przypadkach – a w praktyce każe pacjentom czekać latami.
źr. wPolsce24 za Facebook-Robert Kwiatek











