Puste magazyny i panika w Berlinie. Tak kończy się ekoszaleństwo u naszych sąsiadów

Panika w Berlinie i puste magazyny gazu
Pretekstem do kolejnej fali nerwowości stała się dyskusja wokół stanu napełnienia niemieckich magazynów gazu, którą na łamach lewicowo-liberalnej prasy, m.in. w komentarzach w Süddeutsche Zeitung czy relacjach na łamach WELT, podnoszą tamtejsi publicyści. Opozycja i Zieloni grzmią o zaniedbaniach i krytykują rząd, a ministerstwo gospodarki uspokaja, że „jakoś to będzie” i na zimę wystarczy.
Za tą fasadą politycznych przepychanek kryje się jednak znacznie głębszy, systemowy problem. Berlin sam wpędził się w kozi róg. Najpierw – w imię dogmatycznego sojuszu z Moskwą – uzależnił cały kontynent od taniego surowca ze Wschodu. Gdy na skutek uderzenia Putina na Ukrainę Europa narzuciła Rosji sankcje, a ten niemiecki układ się rozsypał, to zamiast wrócić do pragmatyzmu i stabilnych źródeł energii, elity znad Sprewy postanowiły dokręcić klimatyczną śrubę jeszcze mocniej.
Skutki ekoterroryzmu: deindustrializacja i drożyzna
Do czego w praktyce doprowadziło to ekologiczne szaleństwo?
-
Samobójstwo atomowe: Niemcy w środku największego kryzysu energetycznego od dekad wyłączyli swoje w pełni sprawne, bezemisyjne i bezpieczne elektrownie atomowe. Zamiast czystego prądu z atomu, w momentach flauty wiatrowej przepraszają się z węglem brunatnym albo drżą o każdy metr sześcienny błękitnego paliwa.
-
Ucieczka przemysłu: Niemieckie koncerny chemiczne, motoryzacyjne i hutnicze nie wytrzymują astronomicznych cen energii oraz unijnego gorsetu regulacji. Kapitał ucieka do USA i Azji, a Niemcy – zamiast być lokomotywą europejskiego wzrostu – stają się chorym człowiekiem Europy.
-
Koszty zrzucane na obywateli: Przymusowe wymiany pieców, zakazy dla tradycyjnych kotłów, sztucznie pompowane koszty uprawnień do emisji – wszystko to uderza w kieszenie zwykłych rodzin, które zmuszane są do finansowania zielonych utopii.
Lekcja dla Polski
To, co dzieje się za naszą zachodnią granicą, powinno być dla Polski najważniejszym ostrzeżeniem. Forsowany przez Brukselę i Berlin Zielony Ład to nie jest troska o planetę, lecz ideologiczny taran niszczący konkurencyjność narodowych gospodarek.
Niemieccy decydenci, którzy tak chętnie pouczali Polaków w kwestii miksu energetycznego i suwerenności surowcowej, dziś sami miotają się między strachem przed mroźną zimą a koniecznością ratowania gasnącego przemysłu. Czas skończyć z bezkrytycznym kopiowaniem niemieckich pomysłów na energetykę. Bezpieczeństwo państwa musi opierać się na twardych realiach gospodarczych, własnych zasobach i stabilnym atomie – a nie na pobożnych życzeniach brukselskich ideologów.
źr. wPolsce24 za "Welt", "Süddeutsche Zeitung"











