Kierowcy czekają miesiącami na wizytę na stacji benzynowej. Na Kubie brak paliwa

Kryzys energetyczny na Kubie ma związek z amerykańskimi sankcjami. Chcąc zmusić reżym do negocjacji, prezydent USA Donald Trump zagroził państwom, które sprzedają ropę Kubie, że nałoży na nie cła. Przejął także kontrolę nad ropą z Wenezueli, która była jednym z głównych eksporterów na Kubę.
Ropa jest co prawda wydobywana także na Kubie, ale krajowe wydobycie pokrywa ok. połowę potrzeb wyspy. Wstrzymanie importu sprawiło, że komunistyczne państwo zmaga się m.in. z regularnymi przerwami w dostawach energii elektrycznej, które trwają niejednokrotnie po kilkanaście godzin, gdyż kubańskie elektrownie są opalane ropą.
Muszą czekać miesiącami
Na Kubie nie ma zbyt wielu prywatnych samochodów. Szacuje się, że na tysiąc mieszkańców przypada ich zaledwie 38 – dla porównania w Polsce jest ich ok. 630. Brak ropy sprawił jednak, że ci nieliczni kubańscy kierowcy mają ogromne problemy z zatankowaniem swoich pojazdów. Aby uniknąć ogromnych kolejek, komunistyczny reżym wprowadził obowiązek wcześniejszej rejestracji przy pomocy państwowej aplikacji.
Kierowcy z Hawany powiedzieli jednak dziennikarzom agencji AP, że czas oczekiwania jest gigantyczny. 65-letni Jorge Reyes zainstalował aplikację w poniedziałek. Przed nim na wizytę na stacji umówiło się ponad 7 tysięcy osób. Stacja, na której się zarejestrował, przyjmuje zaledwie 50 kierowców dziennie. - Kiedy znów będę mógł kupić benzynę? - pyta.
Limity i potworna cena
Aplikacja umożliwia zarejestrowanie się na wizytę tylko na jednej stacji benzynowej naraz, więc niektórzy kierowcy będą czekać całymi miesiącami. Na komunikatorach internetowych pojawiły się już grupy dyskusyjne, których uczestnicy rozmawiają o tym, gdzie są najmniejsze kolejki i które stacje przyjmują dziennie najwięcej kierowców.
Jeśli kierowca doczeka się wreszcie wizyty, to i tak będzie mógł zatankować jedynie 20 litrów naraz. Na Kubie to szczególny problem, bo większość samochodów to albo zabytkowe amerykańskie auta, które zostały sprowadzone na wyspę jeszcze przed rewolucją i są już skrajnie wyeksploatowane, albo pojazdy produkcji ZSRR. Te samochody nie słyną z niskiego spalania.
Mało którego kierowcę będzie jednak stać na zatankowanie przydziałowych 20 litrów. Komunistyczny reżym zrezygnował bowiem ze sprzedaży subsydiowanej benzyny, która kosztowała ok. 25 centów za litr, i sprzedaje wyłącznie tę, której ceny ustalono w dolarach amerykańskich. Jeden litr kosztuje na stacji 1,30$, a na rosnącym czarnym rynku jego cena sięga już sześciu dolarów. Pracownicy rządowi na Kubie zarabiają zwykle mniej niż 20 dolarów miesięcznie.
Czy reżym się dogada z Trumpem?
Jedyny wyjątek wprowadzono dla pojazdów, które służą do obsługi ruchu turystycznego. Mają one specjalne numery rejestracyjne i mogą zatankować bez konieczności wcześniejszego umówienia się na 44 stacjach benzynowych w kraju. Obowiązuje je także limit 20 litrów, a ich kierowcy również zmagają się z długimi kolejkami.
Kryzys energetyczny sprawił, że ruch turystyczny na Kubie znacznie osłabł. Wiele linii lotniczych odwołało loty, bo nie mogą zatankować swoich samolotów przed drogą powrotną.
Na razie nie wiadomo, kiedy sytuacja ulegnie poprawie. Będzie to zapewne zależało od tego, czy reżym dogada się z USA. Prezydent Kuby Miguel Diaz-Canel powiedział, że jest gotowy na negocjacje, ale chce, by odbywały się jak równy z równym i deklaruje, że w najmniejszym stopniu nie odda suwerenności swojej wyspy. Oskarżył też administrację Trumpa o wprowadzenie blokady energetycznej jego kraju.
źr. wPolsce24 za AP











