Katastrofa ekologiczna. Belgia i Holandia walczą z inwazją amerykańskich raków

Jak informował portal Dutch News, do tego kraju dotarło co najmniej pięć gatunków raków z Ameryki Północnej. Część z nich mogła uciec z nielegalnych hodowli lub być celowo wrzucona do wody przez ich hodowców. Inne mogły być „pasażerami na gapę” na statkach towarowych.
Martwe stawy i kanały
Sytuacja jest bardzo poważna. Jak informował DN, amerykańskie raki dały radę pokonać te, które żyły wcześniej w tym kraju. Są też bardzo płodne. Jedna samica może złożyć ok. 200 jajek. To plus fakt, że nie mają w tych państwach naturalnych drapieżców sprawia, że ich populacja błyskawicznie rośnie. Nikt do końca nie wie, ile amerykańskich raków żyje w Belgii i Holandii, ale szacuje się, że jest ich ponad miliard.
To ogromny problem. Jak informuje DN, te raki nie tylko szkodzą miejscowej florze i faunie, ale także infrastrukturze, jak ściany kanałów czy rowy. Kopią w nich bowiem swoje nory, a ich liczba sprawia, że ma to mocno destrukcyjne działanie. Wzburzają też dno, powodując zamulenie wody. Holenderscy przyrodnicy opisują kanały, które jeszcze kilka lat temu były pełne życia, a dziś pozostały w nich jednie mulista woda i glony. Raki potrafią poruszać się po lądzie, więc bez problemu przechodzą z jednego zbiornika do drugiego.
Za mało, za późno
Lokalne władze starają się ograniczyć populację tych zwierząt. W Holandii Rada Wodna regionu Delft rozpoczęła ich masowy odłów na wielu odcinkach wód. W Belgii stosuje się pułapki. Tam, gdzie zbiorniki są odizolowane od większych systemów wodnych, można tymczasowo wypompować wodę i pozbierać te zwierzęta z dna, ale nie wszędzie jest to możliwe.
Eksperci są jednak zgodni, że te działania to za mało, żeby rozwiązać ten problem. Rzecznik prasowy ministerstwa rolnictwa Sebastiaan Heuschen już w maju zeszłego roku powiedział Dutch News, że kompletne wyeliminowanie tych gatunków nie jest już możliwe. Dodał, że do dziś nie są dostępne żadne możliwe i efektywne środki, by obniżyć ich populację do poziomu, w których nie będą miały trwałego, negatywnego wpływu. Sytuację komplikuje fakt, że chociaż ich odłów jest relatywnie prosty, to przy takiej skali problemu kosztuje miliony euro – i samorządy kłócą się z rządami centralnymi o to, kto za to zapłaci.
Zjeść ten problem
Na pomysł ograniczenia tego problemu wpadł na początku 2024 roku Arjan van Dalen. Po tym, gdy podczas spaceru z psem natknął się na tuziny tych zwierząt, maszerujących po polderze, postanowił, że można je zjeść. Razem ze znajomym szefem kuchni założył więc firmę Polderkreeft, która produkuje pulpety, krokiety i inne dania z raków. Współpracują w tym celu z zawodowymi rybakami i sprzedają je hurtownikom w całym kraju.
Biznesmen przyznał jednak, że na razie to działanie nie wywołało znaczącego spadku ich populacji. To prawdziwa plaga – powiedział – Raki rozmnażają się bardzo szybko i zawsze są głodne. Rowy są pełne, więc możesz je łowić tak długo, jak długo masz przynętę w pułapkach. Problemem jest jednak to, że rynek na mięso raków jest w Holandii mocno ograniczony. Jego zdaniem pomogłoby, gdyby dostali pomoc od rządu. Zauważył, że muszą płacić rybakom, którzy łowią te raki – i gdyby rząd dał im na to dotację, to mogliby znacząco obniżyć cenę swoich dań, przez co stałyby się bardziej popularne i pomogłyby w walce z tą plagą.
Wieger Kunst, założyciel firmy Crawfish Farm Holland, która również produkuje dania z amerykańskich raków, zauważył, że problemem są także przepisy. Stwierdził, że przez nie mają problemy z umieszczeniem swoich produktów na półkach supermarketów. Te, które są w nich dostępne, to głównie niskiej jakości raki hodowlane z Chin czy Hiszpanii. Patrzy jednak w przyszłość z optymizmem. Powiedział DN, że już teraz widzą wzrost sprzedaży, a kiedy uda im się pokonać biurokrację, amerykańskie raki będą mogły być sprzedawane także w innych państwach UE.
źr. wPolsce24 za Dutch News, PAP











