60 tysięcy zatrzymanych za słowa w sieci. Eksperci biją na alarm, a Polska szykuje nowe prawo

Z opublikowanego raportu wyłania się obraz państwa, które zatraca fundamenty wolności słowa na rzecz ideologicznego zamordyzmu. Codziennie dziesiątki Brytyjczyków są zatrzymywane, przesłuchiwane lub trafiają przed oblicze sądu tylko dlatego, że ich wpisy w sieci kogoś uraziły bądź uznano je za „zbyt kontrowersyjne”. Statystyki są bezlitosne: w kraju, gdzie setki tysięcy realnych przestępstw – od kradzieży po napaści – pozostaje bez wykrycia sprawców, machina państwowa koncentruje potężne zasoby na tropieniu „myślnozbrodni” w internecie.
Brytyjskie organizacje broniące wolności obywatelskich alarmują: mamy do czynienia z orwellowskim terrorem prewencyjnym, w którym prawo definiowane jest tak mętnie, że za przestępstwo można uznać niemal każdą krytykę głównego nurtu.
Polski wariant: uśmiechnięta kontrola
Czy Polacy mogą spać spokojnie i traktować brytyjski przykład wyłącznie jako odległą przestrogę? Bynajmniej. Obserwując działania i zapowiedzi obecnej władzy w Warszawie, nietrudno dostrzec niepokojące analogie. Rząd, który na sztandarach niósł hasła „obrony demokracji” i „europejskich standardów”, z każdym miesiącem coraz mocniej zaciska ideologiczną pętlę wokół debaty publicznej.
Wystarczy przyjrzeć się forsowanym zmianom w polskim Kodeksie karnym pod pretekstem walki z tzw. „mową nienawiści”. Pod płaszczykiem troski o tolerancję i ochronę przed agresją słowną, projektowane przepisy tworzą idealne narzędzie do zamykania ust konserwatystom, publicystom, obrońcom tradycyjnych wartości czy osobom krytycznym wobec masowej migracji i radykalnych ideologii kulturowych.
Mechanizm jest doskonale znany z Zachodu:
-
Wprowadza się skrajnie nieostre pojęcia, które podlegają subiektywnej interpretacji prokuratorów i sędziów.
-
Krytyka instytucji, dogmatów nowej lewicy czy decyzji rządu zostaje zrównana z „przestępstwem”.
-
Tworzy się tzw. efekt mrożący – obywatel ma bać się napisać własne zdanie w sieci, w obawie przed poranną wizytą służb.
Służby zamiast debaty
Podczas gdy polskie służby i policja powinny być skoncentrowane na zabezpieczaniu granic w dobie permanentnego kryzysu migracyjnego oraz na zwalczaniu realnej przestępczości, w korytarzach władzy dojrzewają ambicje, by zaprzęgnąć państwowy aparat przymusu do monitorowania sieci. Coraz częściej widzimy, jak liberalno-lewicowy establishment, nie potrafiąc wygrać merytorycznego sporu z rosnącym w siłę głosem patriotycznym, sięga po narzędzia administracyjnego ucisku. Jednocześnie widzimy kompletną nierównomierność w działaniach służb. Policja potrafi błyskawicznie zlokalizować i zatrzymać kobietę, która postanowiła dać upust swojej frustracji pod adresem celebryty-dobroczyńcy, a przez miesiące nie móc odnaleźć osób odpowiedzialnych za sabotaż na torach.
Przypadek Wielkiej Brytanii to nie wypadek przy pracy, ale logiczna konsekwencja ideologii, która ponad wolność jednostki stawia komfort establishmentu i monopol na narrację. Jeśli Polacy nie postawią dziś twardej tamy cenzorskim zapędom obecnej władzy, za kilka lat widok kajdanek zatrzaskujących się na rękach internauty za krytyczny komentarz może stać się codziennością również nad Wisłą. Wolność słowa nie obroni się sama – a raz oddana, niemal nigdy nie wraca bez walki.
źr. wPolsce24 za Daily Mail









