Urzędnik winny rozlewu krwi na stadionie! Czy dantejskie sceny staną się codziennością polskiej piłki?

Tym, którzy nigdy nie byli na piłkarskim stadionie, a mecze oglądane w telewizji przełączali tuż po ostatnim gwizdku, trzeba przedstawić futbolowe zwyczaje.
Tradycyjnie, gdy sędzia kończy rywalizację, sportowy duch nie gaśnie. Widać go wyraźnie w postawie obu ekip, a chronologia wydarzeń potwierdza, że na pierwszym miejscu jest wzajemny szacunek dla rywali, a następnie kibiców.
Wymęczeni piłkarze na tym samym boisku, na którym – jak przykazał trener – „zostawili serducho”, ściskają sobie wzajemnie dłonie. Jedni z szacunku dla wysiłku rywali, inni w geście pojednania, bo kilka minut wcześniej ich walka przypominała rywalizację na macie zapaśniczej. Koniec końców wielu z nich wie, że to, co działo się przez ostatnie 90 minut, to tylko – ale i aż – sport.
Wspomniany scenariusz nie jest wyidealizowaną wizją sportowej rywalizacji. Piłkarze wielokrotnie udowadniali, że stać ich na gesty pojednania. Jeśli nie tuż po zakończeniu spotkania, to wtedy, gdy kurz po piłkarskiej bitwie opadnie już na dobre. Jeśli emocje nie pozwalały na zgranie z klasą w postaci uściśnięcia dłoni rywala, to kilka godzin później pojawiają się prywatne rozmowy, w których padają przeprosiny i słowa podziwu za solidną boiskową walkę, która jest nieodłącznym elementem każdej dyscypliny.
W piłce nam nie idzie? Spróbujmy rzutu butelką
Piątkowy mecz Radomiaka Radom z Koroną Kielce pokazał, że nie zawsze da się zejść z boiska, wynosząc z niego jedynie piękne bramki i sportowe emocje. Wizyta piłkarzy obu drużyn na boisku się przedłużała, przybierając coraz bardziej bulwersujący, a wręcz absurdalny charakter.
Celebrację zwycięstwa (0:2) przez zespół z województwa świętokrzyskiego przerwał kibic, który rzucił w kierunku wiwatujących Kielczan butelką. Przedmiot trafił Michała Siejaka – dyrektora ds. marketingu i komunikacji Korony, który z rozciętą głową prosto z ul. Struga 63 udał się do szpitala.
Jak ustaliła policja, odpowiedzialny za to zdarzenie był siedzący na trybunach 47-letni mężczyzna. Jego czyn zakwalifikowano jako występek chuligański, za co grozi do pięciu lat więzienia. Mężczyzna przyznał się do zarzucanych mu czynów i wyraził skruchę. Prokuratura w ramach środka zapobiegawczego zastosowała wobec niego dozór policji.
Jak ustaliła nieoficjalnie Polska Agencja Prasowa, sprawcą zdarzenia jest pracownik Miejskiego Urzędu Pracy w Radomiu. Z kolei portal sport.pl informuje, że wspomniany mężczyzna nie poprzestał na ataku wobec pracownika przyjezdnej ekipy. Zaraz po tym rzucił w kierunku zwycięzców drugą butelkę, jednak na szczęście tym razem celność go zawiodła.
Zespoły, które w najbliższym czasie odwiedzą obiekt w Radomiu, mogą spać spokojnie. Najbliższe mecze swojej ukochanej drużyny 47-latek obejrzy przed ekranem telewizora i nie będzie zagrożenia, że da się ponieść stadionowej „euforii”.
Służby bezpieczeństwa zawiodły
Zachowanie chuligana było tylko przedsmakiem tego, co chwilę później zrobił drugi z kibiców radomskiej ekipy. Prosto z trybun na murawę przedostał się pijany mężczyzna, który postanowił spróbować swoich sił w fizycznej konfrontacji z 22 piłkarzami Korony (tylu oficjalnie znalazło się w protokole meczowym) i członkami sztabu świętokrzyskiej drużyny.
Pseudokibic zdążył tylko pchnąć Tamara Svetlina, a koledzy z drużyny natychmiast stanęli w obronie Słoweńca. Pierwszy do spacyfikowania niebezpiecznego intruza był Marcin Cebula, który za uderzenie kibica obejrzał czerwoną kartkę. Choć dla niektórych reakcja piłkarza może wydawać się właściwa, przepisy gry w piłkę nożną jednoznacznie potępiają każdy rodzaj agresji fizycznej. Zgodnie z nimi sędzia ma obowiązek ukarać gracza, który dopuści się rażącego, niesportowego zachowania i użycia siły fizycznej poza ramami gry, a zachowanie pomocnika niewątpliwie dało sędziemu zielone światło do pokazania czerwonej kartki.
Komentator sportowy Mateusz Borek nie ma wątpliwości, że pomeczowe wydarzenia w na mazowieckim obiekcie przekroczyły wszelkie granice.
- Przyjeżdża Korona, przyjeżdża Michał Siejak – dyrektor ds. marketingu i komunikacji, normalny pracownik klubu, odpowiedzialny za swoje obowiązki. Kończy wizytę w Radomiu w szpitalu, zostając tam na noc z kilkoma szwami na głowie. Ten stadion jest do zamknięcia. Ci ludzie w ogóle nie umieją organizować imprez. Powinna się temu przyjrzeć każda komórka PZPN-u i Komisji Ligi. Ten mecz był nieprzygotowany i niezabezpieczony – skwitował dziennikarz Kanału Sportowego.
Jak utrzymać ciśnienie?
W slangu piłkarskim o zawodniku, który nie kontroluje emocji na boisku, mówi się, że „nie trzyma ciśnienia”. Z jednej strony im częściej pada takie określenie, tym lepiej. To sformułowanie to bezpiecznik, oznaczający przekroczenie pewnych granic. Kluczowa jest w tym przypadku rola arbitra, choć tylko najlepsi w swoim fachu potrafią ostudzić najbardziej zagotowane głowy.
Ostatnie wydarzenia w Ekstraklasie pokazują, że ciśnienia nie trzymają również kibice. Dowód tego mieliśmy już w 20. kolejce, gdy fani Legii Warszawa śpiewem grozili piłkarzom swojej ukochanej drużyny. W piątek do taktu zagrało im dwóch fanatyków Radomiaka, a kilka godzin później w Katowicach grupa podróżująca za stołeczną drużyną ponownie dała popis swoich wokalno-poetyckich umiejętności.
- A jak spadniemy, to wszystkich was zaje***** - skandowali głodni zwycięstwa kibice Legii, patrząc, jak ich drużyna remisuje z GKS-em i coraz śmielej zadomawia się w strefie spadkowej.
Ekstraklaso, strach się bać
Na następną kolejkę Ekstraklasy spoglądamy z wyczekiwaniem na boiskowe emocje w wykonaniu drużyn, które zmierzają do mety ściśnięci w tabeli niczym kibice w tramwaju. A przecież są w nim także rodzice, którzy chcą zarazić dzieci jedną z najpiękniejszych pasji na świecie. Czy mogą czuć się bezpiecznie na obiekcie, na którym ciśnienia nie trzymają nawet urzędnicy? Co będzie, jeśli naprawdę „spadniemy"? Jak śpiewa kultowy polski zespół: „Normalnie strach się bać”.
źr. wPolsce24











