Rozrywka

Świetny serial, ale ten finał... Twórcy „Cape Fear” zrobili to o krok za wcześnie

opublikowano:
Javier Bardem w Cape Fear
Javier Bardem w Cape Fear (fot. appleTV)
Mierzenie się z legendą kinematografii to zawsze stąpanie po cienkim lodzie. Kiedy zapowiedziano nową, serialową adaptację "Cape Fear" ("Przylądek strachu"), wielu kręciło nosem. Jednak finał, który wyemitowano wczoraj, ostatecznie przypieczętował status tej produkcji jako jednego z najciekawszych tytułów ostatnich miesięcy — choć nie bez pewnych rys na wizerunku.

Twórczy dialog z klasykiem, a nie ślepa kopia

Jak oceniają krytycy, największą zaletą nowego "Cape Fear" jest sposób, w jaki twórcy podeszli do materiału źródłowego. Serial niezwykle ciekawie koresponduje z oryginałem sprzed lat, czerpiąc z niego duszny, złowrogi klimat, ale nie jest bezmyślną kopią 1 do 1. Dostaliśmy świeże spojrzenie, dostosowane do współczesnych realiów, z nowym rozłożeniem akcentów psychologicznych.

Aktorski majstersztyk i techniczna perfekcja

To, co trzymało przed ekranem od pierwszego odcinka, to przede wszystkim wybitne kreacje aktorskie. Javier Bardem i jego absolutnie hipnotyzująca, pełna grozy i nieprzewidywalności rola sprawia, że każda scena z jego udziałem wywołuje dreszcze na plecach i każe się zastanawiać, gdzie leży granica między kłamstwem, a prawdą. Z kolei Amy Adams – daje fenomenalny, wielowymiarowy popis swojego kunsztu, udowadniając, że jest aktorką wybitną, która potrafi poradzić sobie nawet z najsłabiej napisaną postacią. Na uwagę zasługuje również kreacja młodziutkiej Lily Colias, która zapowiada się na prawdziwa gwiazdę młodego pokolenia. 

Na osobne wyróżnienie zasługuje warstwa realizatorska. Zdjęcia są zachwycające, pełne niepokojących kadrów i gęstej atmosfery, a precyzyjny montaż znakomicie podbijał tempo. Trzymająca w stałym napięciu fabuła oraz zwroty akcji sprawiały, że każdy odcinek kończył się z poczuciem „muszę natychmiast włączyć kolejny”.

Finał, który pozostawił niedosyt

Niestety, im wyżej zawieszona poprzeczka przed zwieńczeniem historii, tym łatwiej o jej strącenie. Wczorajszy, ostatni odcinek pozostawia niestety pewien niedosyt. Główny zarzut? Twórcy zbyt wcześnie zdetonowali skrupulatnie budowane napięcie.

Zamiast ciągnąć psychologiczną grę do ostatnich minut i zaserwować nam potężne, kulminacyjne uderzenie, kluczowy punkt zwrotny nastąpił za szybko. Przez to sama końcówka straciła nieco ze swojej dynamiki i ładunku emocjonalnego, kończąc się nieco zbyt gładko w porównaniu do tego, jak intensywny był cały sezon. Ostatnia scena próbowała zaburzyć te poczucie "skonsumowania", ale mimo starań reżysersko-realizatorskich ciężko ją uznać za wyjątkowe zwieńczenie dzieła. Do tego stopnia, że po jej obejrzeniu widz automatycznie sięga po pilota, by sprawdzić, czy czegoś jeszcze nie ukryto po napisach końcowych. 

Podsumowanie

Czy warto było poświęcić czas na "Cape Fear"? Zdecydowanie tak. To świetnie zrealizowany, genialnie zagrany i wciągający thriller psychologiczny, który doskonale wie, jak złożyć hołd klasyce. Gdyby tylko finałowy odcinek utrzymał ten sam poziom zagęszczenia atmosfery do samego końca, mielibyśmy do czynienia z arcydziełem. Ostatecznie dostaliśmy serial bardzo dobry, do którego finału można mieć lekkie zastrzeżenia, to przez wcześniejsze 9 odcinków twórcy serwują nam ogromną dozę wrażeń i emocji. 

źr. wPolsce24

Rozrywka

Dlaczego rozmaryn miał się „rozwijać”?  Tajemnica słynnej pieśni legionowej wyjaśniona

opublikowano:
Rozmaryn kwitnący symbolem wierności i śmierci
Rozmaryn kwitnący symbolem wierności i śmierci (fot. shutterstock)
Śpiewali ją żołnierze Józefa Piłsudskiego w okopach pod Kostiuchnówką, znali powstańcy warszawscy, a dziś nuci ją niemal każdy Polak przy okazji świąt narodowych. „O mój rozmarynie” to bez wątpienia jeden z filarów naszej tożsamości historycznej i muzycznej. Jednak niewielu zadaje sobie proste pytanie: dlaczego wojskowa pieśń zaczyna się od apostrofy do śródziemnomorskiego zioła i co tak naprawdę oznacza zwrot, by rozmaryn „się rozwijał”?
Rozrywka

Kim Kardashian dostała odszkodowanie za brutalny napad. Kwota szokuje

opublikowano:
Zrzut ekranu 2026-09-16 132723
(fot. The Heart Truth, domena publiczna)
Kim Kardashian padła w Paryżu ofiarą brutalnego napadu. Teraz francuski sąd przyznał jej za to odszkodowanie – 1 euro.
Rozrywka

Z czerwonego dywanu prosto do... pośredniaka! Niezwykła historia najlepszej aktorki z Wenecji

opublikowano:
Wzruszona duńska aktorka Mathilde Arcel w białej sukience, z uśmiechem trzymająca w obu dłoniach wzniesiony złoty puchar Volpiego dla najlepszej aktorki na scenie Festiwalu Filmowego w Wenecji. W tle widać rozmyte, ozdobne kuliste lampy.
Wzruszona Mathilde Arcel trzyma prestiżowy Puchar Volpiego za najlepszą rolę kobiecą w filmie Woman Unknown podczas ceremonii zamknięcia 83. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. (fot. PAP/EPA)
Czerwony dywan, blask fleszy, światowe kino i... obowiązkowa wizyta w urzędzie pracy. Życie potrafi pisać najlepsze komediodramaty, o czym na własnej skórze przekonała się 30-letnia Dunka, Mathilde Arcel, świeżo upieczona laureatka tegorocznego Festiwalu Filmowego w Wenecji.
Rozrywka

Doda wyszła na scenę i zaśpiewała Rotę. Publiczność w szoku

opublikowano:
Doda na festiwalu wyśpiewała Rotę
Doda na festiwalu wyśpiewała Rotę (PAP/Piotr Polak)
W czasach, gdy w przestrzeni publicznej i mediach głównego nurtu nierzadko próbuje się unikać podniosłych narodowych symboli, ze sceny w Kielcach popłynął jasny przekaz.
Rozrywka

Szczyt hipokryzji? Atakowali Skolima za koncert u prezydenta. Teraz artystę zaprosił rząd

opublikowano:
Skolim wystąpił na Dożynkach Polskich w Spale po wcześniejszej krytyce jego koncertu podczas wydarzenia z parą prezydencką w Juracie.
Skolim / autor: YouTube/Daniel Nawrocki
Skolim jeszcze kilka tygodni temu był atakowany przez media prorządowe za swój występ w rezydencji prezydenta RP w Juracie. Teraz te same media milczą nt. koncertu tego artysty na dożynkach organizowanych przez obecny rząd.
Rozrywka

Festiwal rozrzutności za publiczne pieniądze. Samorządy płacą artystom krocie, a kontrola umów to fikcja pod okiem władzy

opublikowano:
Koncert w Łodzi
Koncert w Łodzi (fot. zdj. ilustracyjne shutterstock)
Podczas gdy Polacy mierzą się z drożyzną i rosnącymi kosztami życia, w wielu polskich miastach trwa w najlepsze festiwal drenowania lokalnych budżetów na cele rozrywkowe. Dziesiątki, a nierzadko setki tysięcy złotych – tyle z kieszeni podatników trafia na konta celebrytów i muzyków za kilkudziesięciominutowe występy na miejskich scenach. Uruchomiony Centralny Rejestr Umów miał obnażyć skalę transferów publicznego grosza, lecz mechanizmy kontroli obywatelskiej okazują się podwójną pułapką.