Świetny serial, ale ten finał... Twórcy „Cape Fear” zrobili to o krok za wcześnie

Twórczy dialog z klasykiem, a nie ślepa kopia
Jak oceniają krytycy, największą zaletą nowego "Cape Fear" jest sposób, w jaki twórcy podeszli do materiału źródłowego. Serial niezwykle ciekawie koresponduje z oryginałem sprzed lat, czerpiąc z niego duszny, złowrogi klimat, ale nie jest bezmyślną kopią 1 do 1. Dostaliśmy świeże spojrzenie, dostosowane do współczesnych realiów, z nowym rozłożeniem akcentów psychologicznych.
Aktorski majstersztyk i techniczna perfekcja
To, co trzymało przed ekranem od pierwszego odcinka, to przede wszystkim wybitne kreacje aktorskie. Javier Bardem i jego absolutnie hipnotyzująca, pełna grozy i nieprzewidywalności rola sprawia, że każda scena z jego udziałem wywołuje dreszcze na plecach i każe się zastanawiać, gdzie leży granica między kłamstwem, a prawdą. Z kolei Amy Adams – daje fenomenalny, wielowymiarowy popis swojego kunsztu, udowadniając, że jest aktorką wybitną, która potrafi poradzić sobie nawet z najsłabiej napisaną postacią. Na uwagę zasługuje również kreacja młodziutkiej Lily Colias, która zapowiada się na prawdziwa gwiazdę młodego pokolenia.
Na osobne wyróżnienie zasługuje warstwa realizatorska. Zdjęcia są zachwycające, pełne niepokojących kadrów i gęstej atmosfery, a precyzyjny montaż znakomicie podbijał tempo. Trzymająca w stałym napięciu fabuła oraz zwroty akcji sprawiały, że każdy odcinek kończył się z poczuciem „muszę natychmiast włączyć kolejny”.
Finał, który pozostawił niedosyt
Niestety, im wyżej zawieszona poprzeczka przed zwieńczeniem historii, tym łatwiej o jej strącenie. Wczorajszy, ostatni odcinek pozostawia niestety pewien niedosyt. Główny zarzut? Twórcy zbyt wcześnie zdetonowali skrupulatnie budowane napięcie.
Zamiast ciągnąć psychologiczną grę do ostatnich minut i zaserwować nam potężne, kulminacyjne uderzenie, kluczowy punkt zwrotny nastąpił za szybko. Przez to sama końcówka straciła nieco ze swojej dynamiki i ładunku emocjonalnego, kończąc się nieco zbyt gładko w porównaniu do tego, jak intensywny był cały sezon. Ostatnia scena próbowała zaburzyć te poczucie "skonsumowania", ale mimo starań reżysersko-realizatorskich ciężko ją uznać za wyjątkowe zwieńczenie dzieła. Do tego stopnia, że po jej obejrzeniu widz automatycznie sięga po pilota, by sprawdzić, czy czegoś jeszcze nie ukryto po napisach końcowych.
Podsumowanie
Czy warto było poświęcić czas na "Cape Fear"? Zdecydowanie tak. To świetnie zrealizowany, genialnie zagrany i wciągający thriller psychologiczny, który doskonale wie, jak złożyć hołd klasyce. Gdyby tylko finałowy odcinek utrzymał ten sam poziom zagęszczenia atmosfery do samego końca, mielibyśmy do czynienia z arcydziełem. Ostatecznie dostaliśmy serial bardzo dobry, do którego finału można mieć lekkie zastrzeżenia, to przez wcześniejsze 9 odcinków twórcy serwują nam ogromną dozę wrażeń i emocji.
źr. wPolsce24










